Fragment z nieopublikowanej powieści "Bieguni", pióra kapitana Magórskiego - Ciapki.
„Jakoś na parę dni przed Szkaplerzną, lasy przestały dymić, niebo zaczęło się wypogadzać i złota, lipcowa pogoda zwolna jęła się ustalać. U Biegunów, że to zawsze nawet przy normalnej pogodzie żniwa się opóźniają, bo grunty leżą na północnych stokach Jabramowa, gdzie słoneczko nie tak dogrzewa, gdy ludziska doczekali się upragnionej pogody, chwycili się z całą pazgrzywością robót rolnych, spieszyli się tym bardziej, że zbliżał się przesławny i z taką radością oczekiwany odpust w Rychwałdzie.
Najwięcej zainteresowania i radości budził ten odpust wśród pasterzy i młodszej dzieciarni, która z wielką zapalczywością czyniła przygotowania duchowe i materialne. Wiadomo, trzeba było w tym okresie być posłusznym i ochotnie spełniać wszelką posługę w polu i w chałupie, by sobie zasłużyć na tą upragnioną podróż w zaczarowany świat wymarzonego piękna i tych wszelinijakich cudowności odpustowych. Ci pośród pastuchów, którzy już byli w krainie szczęśliwości, opowiadali młodszym o dziwach niesłyszanych, jakie własnymi oczami oglądali. Tacy bywalcy uchodzili za coś wyższego wśród pastusznej gromady i cieszyli się nie byle jakimi przywilejami, jak dłuższym postojem na śniadanie, trzeba było nawracać ich trzody, a nie daj Boże, gdy taki starszy zaczynał palić papierosy, wtedy trzeba było mu składać pewien haracz z uzbieranych grzybów czy jagód.
Nadeszła upragniona sobota. W osiedlu bieguńskim od samego rana poczęło się roić jak w ulu, tyle było tego przygotowania, tyle radości słonecznej, jak właśnie w ulu, kiedy starszyzna pszczelna wydaje energicznie robotnicą rozkazy, a te ochotnie zabierają się do pracy i z radosnym szumem wylatują gromadami na miodem pachnące kwieciste pola i łąki. Taką właśnie radość promienną, głośną, beztroską objawiała dzieciarnia bieguńska przed wyruszeniem w słoneczne nieznane.
Ale nie we wszystkich chałupach drgała słoneczna symfonia radości. U Wiktusiaka miast to radości rozlegał się raz wraz chrapliwy głos Józefa, jakby porykiwanie buhaja zmieszane z żałośliwym płaczem jagniątka. To srogi ojciec, który pod wpływem bajdurzenia Czerwienki, zaprzestał śpiewania godzinek i chodzenia do kościoła, zabronił siedmioletniemu synowi udania się na cudowne miejsce. Wiktusiakowa, jednooka Franka, zachukana przez wrzaskliwego męża, wraz z dzieckiem cicho popłakiwała, fąfrając coś przez nos niezrozumiale.
Że to w osiedlu nic się przed sąsiadami nie ukryje, wnet przed chałupą Wiktusiakową zebrała się gromada bab i dzieci już wystrojonych do drogi, Blazkula, litując się nad małym Wiktusiakiem, odezwała się pojednawczo: - Nie brońże dziecku iść na święte miejsce, kiedy ma wolą. Co masz, to mu dej na drogę, a nie rób gruchu i obrazy boskiej w podworcu, bo to dzień poświęcony Najświętszej Panience Rychwalskiej, której opieki każdemu z nas potrzeba. Czy tego nie czujesz, jaka świętość w powietrzu, aż się wszystko trzęsie.
Nie dokończyła Blazkula swoich rozumnych wywodów, bo właśnie od strony ogrodu Mierzwowego wyłoniła się nagle poważna postać księdza Grzegorczyka , a za nim stara Grzegorczykowa z Magdą, piękna wójtowa z dziećmi, Michaś, wójtów brat i goście księdza i Michasia. Było ich kilku, wszyscy wybrali się z księdzem na sławny w całym powiecie odpust rychwalski.
Na widok księdza Jana, wszystko umilkło, srogi przed chwilą Wiktusiak, nagle jakby oniemiał i machinalnie zdjął kapelusz z głowy.
Ksiądz uprzejmie pozdrowił sąsiadów i pierwszy ruszył z osiedla. Za nim wyciągał się, wąską krętą ścieżką przez sadowisko długi, barwny sznur pątników.
Opustoszało osiedle, niewielu tylko w nim pozostało, żeby nad dobytkiem i chudobą mieć pieczę; niektóre chałupy pozostały na boską opiekę. Ci co pozostali, wyszli poza opłotki i długo tęsknym wzrokiem odprowadzali odchodzących, póki nie pogrążyli się w gęstwie przydrożnych lip na Borku.
Iskrzące opalami słońce wznosiło się coraz wyżej ponad Matlakówkę, po niezmiernych obszarach błękitu od strony Prusowa toczyły się wolniuśko drobniuchne, srebrzyste baranki, jakby po niebieskiej, bezkresnej bożej hali, co zapowiadało długą pogodę; wyniosłe czoła groni uśmiechałyt się świętą ciszą i błogosławieństwem.
Po mszy św. przed kościołem cięcińskim uformowała się ogromna kompania złożona z Biegunów, Stefków, Fabisiów, górnowsiaków, Żabniczanów, a zwłaszcza z mieszkańców górskich polan. Ksiądz Jan odstąpił swoim gościom furę, uparł się iść pieszo. Że to dzień był upalny, szli więc wolno, śpiewając Godzinki, często odpoczywając przy Bożych Mękach.
W Żywcu, w kościele św. Krzyża, nastąpił dłuższy wypoczynek, z czego skorzystały starsze gaździny, przystępując do spowiedzi. Południowy pociąg dowiózł setki nowych pielgrzymów, inni znowu bezustanku dojeżdżali furmankami z Juszczyny, Bystrej, Cisca, Kamesznicy, Milówki, Szarego, Radziechów i innych miejscowości. Zaroił się rynek żywiecki, że tylko figura św. Floriana górowała nad głowami pątników.
Przybyli też sławni przewodnicy odpustowi, Paweł Noga z Juszczyny, który wyróżniał się wzrostem, urodą, a nade wszystko pięknym donośnym głosem; Pajestka ze Szarego, za którym przepadali górzanie, tj. parafianie ujsolscy. Ostatni dociągnął czarny Szpak; miał on swoich zwolenników, którzy go nieraz wiedli na pokuszenie – do kerczmy.
Wreszcie koło godziny drugiej, po długiej mitrędze, pierwszy Noga zabrzmiał swoim głosem:
Gwiazdo śliczna, wspaniała,
O, Rychwaska Maryja!
i ruszył na czele swej kompanii z rynku, a z nim ksiądz Grzegorcyk w kapie wyprowadził pielgrzymów uroczyście aż na szczyt górski Przemienienia Pańskiego, srąd roztaczał się widok na dolinę żywiecką oyoczoną od zachodu masywem Baraniej, Magurki i Skrzecznego, które w granatowym płaszczu świerków, przysłonięte błękitnym welonem mgieł, wyglądały przecudnie. Tuż pod miastem, jakby strażnicza baszta Żywca stożkowaty Grojec z wyłysiałym czołem zdawał się uśmiechać zalotnie do niedalekiej towarzyszki, wyniosłej, lesistej Łyski, która tworzy południową ścianę przepięknej panoramy prowadzącej do Rychwałdu.
Ksiądz Grzegorczyk nie mógł oczu oderwać od tych cudowności, jakie roztaczały przed jego wzrokiem Beskidy, tworząc obramienie doliny Soły wieńcem potężnych bastionów z górującym Pilskiem na czele. Obok olbrzymów o łagodnych i miłych dla oka skłonach, biegnie cały korowód pomniejszych groni o fantastycznych kształtach, udrapowaną bogatą szatą lasów, polan, szkaplerzami uprawnych niw, przy których przyczepione jakby orle gniazda ludzkie sadyby, połyskujące w słońcu goncianymi dachami.
Ksiądz Jan Długo stał na uboczu w milczeniu, a wezbrana fala pielgrzymów, śpiewając pobożne pieśni, płynęła wolno w złotym obłoku pyłu całą szerokością drogi; za główną kolumną posuwały się grupki maruderów, często odpoczywając w cieniu przydrożnych drzew. Pochód zamykał skrzypiący tabor wozów, pełen dzieciarni.
Koło moszczenickiego dworu, po dłuższym wypoczynku w cieniu koło starych modrzewi ksiądz Jan skierował połowę pielgrzymów drogą zaciszną, ciągnącą się parowem wzdłuż strumyka przez lasy moszczenickie, drugą część na drogę gminną, wijącą się jasną wstęgą pod przykrą górkę, jaka się wznosi na pograniczu gruntów moszczenickich i rychwalskich. Koło godziny czwartej popołudniu zebrały się na nowo rozpierzchnione gromady pątnicze na rozległym błoniu koło cmentarza, skąd śpiewacy udali się do proboszcza zamówić wprowadzenie.
Kościół rychwalski uderza przybysza swoim białym ogromem, dwie potężne wieżyce od zachodniej, żywieckiej strony z daleka witają przybywających. Na wysokości piętra fasady kościelnej zbudowano piękny krużganek, na którym zdaje się unosić naturalnej wielkości postać Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia z wyciągniętymi ramionami do pątników. Kościół położony w dole, króluje jednak mimo tego nad wsią, która ciągnie się wzdłuż parowu, biegnącego pod stoki Łyski. Otoczony jest wysokim kamiennym parkanem i pokryty czerwoną dachówką. Przed główną bramą parkanu kościelnego piętrzą się wielowiekowe, rozłożyste dęby, dając w czasie upałów upragniony cień pielgrzymom.
Znają owe dęby dobrze Bieguni, corocznie podczas odpustu rozkładają tu swoje biwaki, tu matki zostawiają swoje maleństwa pod opieką babek gdy udają się do spowiedzi, tu się schodzą znajomi z dalekich stron na pogawędkę w czasie przerw między nabożeństwami, tu rozkładają swoje pątnicze zawiniątka, częstują się wzajemnie, skąd obserwują przybywające na odpust z różnych stron kompanie, tu też czasem pozostają na nocleg, byle jak najbliżej znajdować się koło cudownego obrazu i nie uronić ani chwili z odpustu.
Przed wprowadzeniem do kościoła ksiądz Jan wygłosił krótką przemowę od słów: „Przyszliśmy do Ciebie, Ty ludu Królowo, przynosząc Ci nasze strapienia, nasze strapienia, nasze krzywdy, nasze serdeczne żale.” I począł wyliczać ukryte boleści, których pełne piersi przynieśli pielgrzymi, nie umiejąc dać im ujścia. Dopiero ksiądz Grzegorczyk znalazł dla nich właściwy wyraz w rzewnej, modlitewnej skardze, wypowiedzianej z wielką siłą. Wreszcie rozegrały się na powitanie dzwony. Pajestka pierwszy zaintonował starą pieśń na wprowadzenie:
Gdy przyjdziemy do Ciebie do kościoła. Maryja!
A przed Twój cudowny obraz, Maryja !
Maryja, Maryja!
O MaryjaKrólowa!
Każdą strofkę pieśni chwytali pielgrzymi w lot i wyciągali z takim przejęciem i z taką mocą, że głos rozlegał się na kilometr wokoło.
Po wprowadzeniu ogromnej rzeszy do kościoła i odprawieniu modłów, część pątników przypuściła szturm na słuchanice, żeby dostąpić zupełnego odpustu, część ruszyła za śpiewakami na odprawienie drogi krzyżowej koło kościoła, gdzie we framugach starego parkanu pięknie utrzymanego umieszczone są stacje Męki Pańskiej. W parkanie tym, oprócz stacyj krzyżowej historii, jest dobrze zachowany domek, w którym dawnymi czasy żył pustelnik; drugą osobliwością w tymże parkanie – to ogromna piwnica biczowania, w której znajduje się Chrystus wielkości naturalnej obnażony przy słupie.
Przed ową ciemnicą w czasie odpustów gromadzi się ogromny zastęp dziadów z okolicznych wsi. Nie są to jednak osławione dziady kalwaryjskie, mają ambicje i honor. Wprawdzie modlą się głośno, ale na widok przechodnia nie wydzierają się, ani rąk łapczywie nie wyciągają, dlatego też każdy chętnie udziela im datków.
Kramarze rozkładali swe namioty wzdłuż drogi, począwszy od cmentarza, a skończywszy w parowie wsi, tworząc różnobarwną i hałaśliwą ulicę. Niektórzy kłócili się o lepsze miejsca; poważni przekupnie mieli swoje stałe stoiska, których nie wolno nikomu naruszyć. Pod dębami, nieco na uboczu od drogi, rozłożył ubożuchny swój kramik Żyrek z Jabramowa, zapraszając uprzejmie znajomków do swojego stolika.
W niedzielę już od świtu rozlegały się nad Rychwałdem pobożne pienia pieśni odpustowych; ze wszystkich stron ciągnęły liczne kompanie pielgrzymów z chorągwiami, feretronami i kapelami. Szli dostatnio ubrani, zasobni Łękawiczanie, Oczkowianie, Sporyszanie , Trzebinianie, noszący się trochę z miejska, z wybornie dobrze zgraną kapelą, potem jeszcze liczniejsze ciągnęły rzesze pątnicze biedoty z Okrajnika, Łysiny Przyłękowa, Sopotni Małej i Wielkiej w kierpcach, czepcach i sprosta wyszywanych gorsetach; chłopi sopotniańscy w portkach wałaskich ze skromnymi parzenicami, w brzuś lakach z czerwonego sukna, ozdobionych błyszczącymi guzikami. Od Żywca ciągnął niprzerwany tabor wozów i bryczek, które stanąwszy na miejscu, zajęły parę morgów powierzchni. Od kościoła, jak okiem sięgnąć, wszystkie drogi, ścieżki polne i rozległe łąki plebańskie zapchane były barwnym, rojącym się tłumem.
Rano też dociągnęła na odpust reszta Biegunów wozami. Przyjechali: poważny Sidor z piękną córką, narzeczoną Michasia Mierzwy, który na widok czarnobrewej Heluni wystrojonej po krakowsku, pokraśniał z uciechy; Dziedzic z familią już nieco wstawiony, w świetnym humorze; Krakowiak z córkami, znany w całej okolicy figlarz, ale na świętym miejscu umiał zachować powagę; dalej milczący Szczepanek, narwany, czarny Rudek Hutyra, zapatrzony w Kaniowe dziewki.
Bieguni łatwo odnaleźli się pod dębami. Sidor zakupił masę podarunków dla dziatwy bieguńskiej, wójt z bratem też hojnie obdarzyli pastuchów, żeby odpust pamiętali. Toteż rozpoczął się straszliwy koncert na fujarkach, harmonijkach i różnego rodzaju piszczałkach, aż uszy puchły. Sidorzanka rozdawała znajomym ogromne piernikowe serca, snać sama miała nadmiar dobroci, którą rozlewała wokoło, darząc bieguńską dzieciarnię różańcami obwarzanków i ogromną ilością cukierków. Przezorne matki odbierały część tych podarków, by zanieść trochę tym, którzy zostali w chałupie.
W oczekiwaniu na wotywę, którą miał odprawić ksiądz Grzegorczyk, Bieguni przyjemnie spędzali czas pod dębami. Jedną grupę koło starej Grzegorczykowej utworzyły baby, zaś koło Sidora zgromadzili się chłopi, bo go bardzo poważali. Sidor huczal ja bęben o polityce.
Kiedy starszyzna prowadziła poważne rozmowy pod dębami, młodsi poszli oglądać cuda na kramach, inni udali się w stronę kaplicy Serca Jezusowego, gdzie ślepy dziad żywiecki wygrywał na harmonii i nucił ciekawą pieśń o świętym pustelniku. Dziad wyciągał pasem połowę każdej zwrotki, żona jego kończyła mezzosopranem. Pieśń bardzo się słuchaczom podobała, więc i miedziaki poczęły się gęsto sypać do dziadowskiej torby.
Wtem odezwała dźwięczna sygnaturka, wzywając wiernych na wotywę. Bieguni co prędzej zostawili swoje węzełki pod dębami i z trudem poczęli się przepychać przez ciżbę, żeby się choć pod chór dostać. Przebiegły Sidor wraz z Dziedzicem zdołali Biegunów wprowadzić nie tyko do kościoła, ale zdobyli miejsce na chórze.
Kościół był zapchany po brzegi. W pobliżu wielkiego ołtarza usadowiono tylko biedaków, którzy pragnęli dostąpić cudu. Przy wszystkich bocznych ołtarzach od samego rana bez przerwy odprawiały się msze święte, bo księży zjechało moc. Jasno złociste wnętrze świątyni dziwnie kojąco oddziaływało na wiernych. Oczy wszystkich były zwrócone na cudowny obraz Bogarodzicy z Dzieciątkiem na ręku, umieszczony wysoko w wielkim ołtarzu; obraz ten stanowi jego najcenniejszą perłę, królując nad całą świątynią.
Ołtarz w stylu późnego baroku, zajmuje na tle purpurowej kotary całą tylną ścianę prezbiterium. Zasadniczą konstrukcję ołtarza stanowią na wysokich cokołach kolumny kręcone, różowego, prawie cielistego koloru. W połowie ołtarza na cokołach stoją wielkie figury cherubinów, również na kapitelach kolumn rozmieszczono symetrycznie już mniejsze postacie cherubinów nachylonych w stronę obrazu, jako honorową straż, śpiewającą nieustannie hymn uwielbienia na cześć Królowej nieba i ziemi. Nad cudownym obrazem wznosi się złocisty baldachim, niby daszek wypukły w kształcie stożka, zakończony girlandą główek anielskich; również tło ponad baldachimem aż do samego stropu zakończone jest główkami anielskimi. Witraże w prezbiterium mają kolory misternie dobrane, łagodne, jasne, przepuszczające dużo światła, które dziwnie harmonizują z kolorem ołtarza, pobudza wiernych do mistycznego nastroju.
Kto choćby raz w życiu miał szczęście oglądać oblicze Matki Boskiej Rychwalskiej, skupione, jakby żywe, pełne niebiańskiej słodyczy i rzewnego zadumania nad dolą ludu, ten już nigdy nie zapomni tego wejrzenia, które przenika serce człowiecze na wskroś i utrwala się w duszy na zawsze. Nie dziw, że biedota garnie się do stóp swojej Orędowniczki, szukając u Niej ukojenia i pociechy.
Na głos dzwonka uczyniła się cisza, w którą uderzył wicher potężnych tonów organu. Przed wielkim ołtarzem zajaśniała wyniosła, ascetyczna postać księdza Grzegorczyka w złotym, iskrzącym się perłami ornacie. Kiedy kapłan wzniósł błagalnie ręce, głosząc chwałę na wysokościach Bogu, wiernych przejął dreszcz. Piękność głosu księdza Grzegorczyka nie polegała li tylko na wysokiej tonacji, ale przede wszystkim na głębokiej melodyjności, która porywała dusze ku niebiańskim wyżynom mistycznego piękna. Syn ludu, obdarzony skarbami uczucia głębokiej wiary, zdobywszy wiedzę, wzgardził zaszczytami, obrał posłannictwo kapłańskie, które piastował z głęboką czcią. Spełniając przed ołtarzem najświętszą ofiarę, zniewalał wszystkich wiernych do współuczestnictwa w mszy świętej. Podczas prefacji głos księdza Jana napełnił świątynię jakby anielskim pieniem, przebijał sklepienie i płynął ku niebu. Nikt w kościele nie pozostał obojętnym, wzruszenie pobożne wyciskał łzy gorące, a kapłan zanosił te najczystsze łzy miłości swojego ludu przed majestat Stwórcy. W czasie podniesienia, kiedy kapłan trzymał długo najświętszą Hostię nad głową, cudowny obraz dał znak.
W ciszy odezwał się dźwięk, jakby pęknięcie szyby cudownego obrazu, równocześnie krzyk uszczęśliwionej matki, której dziecko nagle w cudowny sposób odzyskało zdrowie, przeszył powietrze. Kościół napełnił się płaczem, wszyscy padli na kolana, w pokorze schylali czoła przed niebiańską Lekarką i Pociaszycielką strapionego ludu, który samorzutnie począł śpiewać najpotężniejszych hymnów:
Święty Boże, Święty mocnyCzytaj także:
Sylwetka kpt. Józefa Magórskiego - Ciapki
Gimnazjum Chłopskie w Cięcinie