View Comments

O tragedii narodowej z innej perspektywy.

Sobota 10 kwietnia przejdzie na zawsze do historii Polski, do historii całego świata. Śmierć tak wielu wybitnych obywateli państwowych w jednym momencie, to wydarzenie tak niespodziewane, że aż trudne do uwierzenia. Gdybyśmy nie zobaczyli zdjęć rozbitego samolotu, gdyby nam nie pokazano pustych miejsc czekających na oficjeli państwowych w Katyniu, gdybyśmy nie widzieli płaczących polityków, gdybyśmy nie zobaczyli trumny z ciałem tragicznie zmarłego prezydenta, gdybyśmy sami nie dotknęli tych wszystkich ludzkich zranień, to z pewnością na samo słowo, w to co się stało, nikomu byśmy nie uwierzyli. Bo jak to możliwe, żeby najznakomitsi obywatele państwowi, mający do dyspozycji najlepsze zabezpieczenia, najlepszych pilotów, najlepszą ochronę, zginęli w jednej chwili
w pobliżu smoleńskiego lotniska? Tysiące komentarzy słyszeliśmy już na temat tych wydarzeń, tysiące rozmaitych interpretacji. Zdarzenia interpretowali politycy, eksperci od lotnictwa, dziennikarze, socjologowie, psychologowie i wielu innych specjalistów, a także zwykli ludzie z ulicy. W obliczu śmierci, ogromu ludzkiej tragedii i cisnącego się z siłą gromu pytania: ‘dlaczego’ każde ludzkie słowa wydają się zbyt małe i niedorzeczne. Śmierć jest doświadczeniem granicznym, niezwykle tajemniczym, w pierwszym odczuciu bezsensownym.

Dla chrześcijan 10 kwietnia w tym roku to data wyjątkowa także z innego powodu. Tego dnia Kościół świętując oktawę świąt Paschalnych, obchodził również wigilię święta Bożego Miłosierdzia. Pośród tysięcy ludzkich słów wypowiedzianych w tym czasie, chrześcijanin powinien przede wszystkim usłyszeć słowo, które poprzez te wydarzenia kieruje do ludzi, znajdujących się w konkretnej sytuacji historycznej, sam Bóg. Z perspektywy wiary żadne ludzkie doświadczenie nie jest bowiem przypadkowe, żadne nie jest bez sensu, nawet śmierć. I choć ten sens wydaje się być wobec nawałnicy gwałtownych emocji brutalnie zakryty, nieobecny, to jednak on jest i czeka na swoje objawienie.
W święto miłosierdzia Kościół czyta fragment Ewangelii o ukazaniu się Zmartwychwstałego Jezusa uczniom i Tomaszowi. Spróbujmy, w słowie zapisanym przez Ewangelistę Jana, dostrzec pewien klucz, jaki Bóg, działający przecież przez swój Kościół, daje nam dzisiaj dla zrozumienia dramatycznych wydarzeń z okolic Katynia.

Uczniowie są prawdziwie załamani. Życie ich Mistrza, którego sława pośród ludu rośnie w oszałamiającym tempie, zostaje nagle, w bestialski sposób, przerwane. Ten, w którego ręce apostołowie oddali swoje losy, któremu zaufali porzuciwszy wszystko, poniósł w ludzkich oczach druzgocącą porażkę. Wydaje się, że wszystko się skończyło, świat uczniów się zawalił.
I w tym momencie następuje nieoczekiwane i radykalne odwrócenie sytuacji: pośród załamanych i płaczących uczniów staje Zmartwychwstały Jezus z ożywiającymi słowami: ‘Pokój wam!’ na ustach. Chrystus nie poprzestaje na słowach, pokazuje uczniom swoje ręce i bok, swoje rany zadane Mu przez oprawców podczas Męki. Zaskakujące jest to, że dopiero wówczas uczniowie Go rozpoznają. Jan notuje, że dopiero w tym momencie się ‘rozradowali’. Pojawia się tutaj pytanie: dlaczego Jezus Zmartwychwstały jest Jezusem ‘okaleczonym’? Najbardziej nasuwającą się na myśl odpowiedzią jest zapewne ta: aby uczniowie mogli rozpoznać ciągłość Jego tożsamości, by mogli rozpoznać, że to ten sam Jezus, którego znają, choć jednak przemieniony, do nich przychodzi. Ta odpowiedź wydaje się jednak niepełna, niewystarczająca. Wszyscy wolelibyśmy, by Bóg w przyszłości usunął, z naszego ciała
i psychiki, blizny, okaleczenia, rany, przypominające nam o złu, którego, w taki czy inny sposób, w świecie skażonym przez grzech, musimy doświadczyć. Chcielibyśmy przecież wszyscy być piękni i bez skazy, a tu ‘Pierworodny Umarłych’, jak Chrystusa nazywa św. Paweł, objawia się jako poraniony. Jeden ze Wschodnich Ojców Kościoła, Grzegorz z Nyssy, pisał, że w wieczności, choć nasze ciało będzie odmienione, to jednak ‘rozpoznamy siebie’. Ta inność ciała jest widoczna w opisach ewangelicznych. Jezus jest przecież identyfikowany przez uczniów jako ogrodnik, czy nieznany przechodzień. W scenie Janowej uczniowie rozpoznają Go po ranach. To zdarzenie nasuwa nam intuicję, że być może tym, co w wieczności zapewnia ciągłość naszej tożsamości jest dobro, które najbardziej, jakoś fundamentalnie, naznaczyło nasze życie tutaj na ziemi. W tej perspektywie rany, których Jezus  doznał na krzyżu nie są znakiem bestialstwa i cierpienia, ale raczej znakiem miłości, która nie cofa się przed największym nawet cierpieniem, nie są znakiem porażki dobrze zapowiadającego się przywódcy społecznego, ale znakiem zwycięstwa miłości nad śmiercią, nie szpecą i nie przypominają o zranieniach, ale zdobią i są pieczęcią ostatecznego tryumfu.

W krakowskim kościele ojców pijarów, w Wielki Piątek, na osiem dni przed katastrofą w Smoleńsku, wystawiono ekspozycję ‘Grobu Pańskiego’. W tym roku po raz pierwszy ogłoszono konkurs na projekt grobu. Zwyciężył pomysł pana Artura Murzyna zatytułowany… „Katyń”. Ekspozycja przedstawiała ułożone w kilku rzędach pomalowane na biało kamienie z namalowaną ciemną kropką. Kamienie te symbolizowały zamordowanych w 1940 roku polskich oficerów. Czarna kropka na każdym z nich, w koncepcji autora, była natomiast symbolem apokaliptycznej ‘pieczęci sług Baranka’, a także, w sposób oczywisty, kojarzyła się z przestrzelonymi czaszkami polskich bohaterów. Po drugiej stronie kamieni autor ustawił piękne kwiaty symbolizujące Niebo. Na granicy tych dwóch rzeczywistości stała monstrancja z Najświętszym Sakramentem, który jak wierzymy, jest rzeczywistym Ciałem Zmartwychwstałego Chrystusa. Tym, który przeprowadza nas ze śmierci do życia, który oddaje nam swoje Boskie Życie, jest właśnie Jezus Chrystus. Jakby artysta chciał nam powiedzieć, że to, co wówczas dla polskich oficerów było po ludzku tragedią, bezsensem, brutalnym końcem, okazało się zwycięstwem, przejściem, paschą.

I tak właśnie, w perspektywie Chrystusowego zwycięstwa nad śmiercią, rana zadana od kuli - rana zadana na wieki, nie jest już znakiem mordu, ale znakiem miłości do ojczyzny, miłości do współbraci, nie jest już znakiem niesprawiedliwości i śmierci ale przedziwnej Bożej Opatrzności i życia, nie szpeci, ale, przypominając o bohaterstwie, zdobi i jest pieczęcią na życie wieczne.

Zginął Prezydent Rzeczypospolitej, u jego boku zginęła jego małżonka. Ich życie było dla nas świadectwem wiernej miłości małżeńskiej, a także wspólnej miłości do ojczyzny. Zginęło również wielu innych, którzy lecieli do Katynia, aby zaświadczyć swoją obecnością o pamięci zamordowanych tam, siedemdziesiąt lat wcześniej, Rodaków. Lecieli, aby dać świadectwo historycznej prawdzie i wzywać do pojednania. Ufajmy, że ta niezwykle wymowna śmierć będzie dla nich pieczęcią na życie wieczne.

Bartłomiej Dziedzic