Wielkiego rodaka wspomina Tadeusz Jurasz.Wspomnienie Ś. P. KAPITANA JÓZEFA CIAPKI
Uczestnika dwóch wojen światowych, Ochotnika w wojnie polsko - ukraińskiej w 1918 - 1919 r., Dowódcy kompanii 33 pułku piechoty w wojnie polsko - bolszewickiej w 1920 r., dwukrotnie odznaczonego Krzyżem Walecznych, oraz Założyciela, Dyrektora i Profesora Prywatnego Ogólnokształcącego Gimnazjum w Cięcinie -
Motto:
„Lecz zaklinam niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec
A kiedy trzeba na śmierć idą po kolei
Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec”
(Juliusz Słowacki –Testament mój)
Józef Ciapka urodził się 2 – o stycznia 1891 roku w Cięcinie k/Żywca, jako syn Macieja i Anny z d. Graca. Zmarł 22 – o września 1955 – go roku w Krakowie, gdzie spoczywa na Cmentarzu Rakowickim.
Nie wiadomo czy dziecko urodziło się wątłego zdrowia, czy z powodu gorliwości religijnej rodziców, którzy na zbliżające się święto Trzech Króli chcieli urządzić chrzciny, dość na tym, że już w trzeci dzień po urodzeniu dziecko zostało ochrzczone w zabytkowym kościółku św. Katarzyny w Cięcinie. Każdy kto przeszedł, czy przejechał saniami w zimie od placu Biegunów, gdzie się urodził do Dolnej Cięciny i to w taki tęgi mróz jaki był wtedy (w Krakowie temperatura spadła do minus 27 stopni, a w Sądowej Wiszni niedaleko Lwowa, pękła obręcz u koła w wagonie pocztowym), przyzna ,że dziecko to otrzymało nie tylko stygmat Chrztu św. na duszy, ale również hart fizyczny na ciele, co z pewnością było mu później pomocne w jego heroicznych trudach wojennych i zmaganiach o wolność umiłowanej Ojczyzny.
Na przełomie wieków uczęszczał do niedawno założonej Szkoły Ludowej w Cięcinie. Musiał ju ż w tedy wyróżniać się zdolnościami i inteligencją skoro niezbyt przecież zamożni rodzice postanowili go dalej kształcić, być może nie bez pewnej nadziei że może „wyuczy się na księdza”. Był chyba pierwszym Cięcinianem , który ukończył gimnazjum klasyczne w Wadowicach. A był to przecież dopiero początek jego niezwykłej drogi wzwyż. Tutaj też i na terenie Makowa Podhalańskiego włączył się bardzo aktywnie w nurt działalności niepodległościowej w Tow. Gimn. Sokół i drużyny strzeleckiej. W 1914 r. przed wyruszeniem strzeleckiego oddziału z Makowa do Myślenic, podczas ćwiczeń został aresztowany przez żandarmerię austriacką za agitację na rzecz strzelca i odstawiony do wojskowego więzienia w Wadowicach – jak obszerniej poświadcza to por. dr Jan Lankau, redaktor „Światowida”.
Z początkiem września 1914 r. zostaje wcielony do armii austriackiej i wysłany na front wschodni. Po kilku miesiącach ciężkich walk zostaje ranny. Po wyzdrowieniu przerzucono go na front włoski (13 batalion strzelców tyrolskich). Tam jest ranny po raz drugi. Po okresie rekonwalescencji zostaje skierowany do szkoły oficerskiej w Opawie na Morawach, którą kończy w stopniu podchorążego. Znowu wysłano go na front rosyjski. Tym razem jako dowódcę oddziału w sile ok. 80 ludzi. Tu wśród polskich żołnierzy rozwijał świadomość patriotyczną i budził ducha do walki o niepodległość Polski. Dzień 11 – o listopada 1918 roku zastał go na dalekiej Ukrainie.
„Trudno opisać radość starych weteranów wojny światowej – wspomni J. Ciapka w 1938 r. w czasopiśmie „Gronie” – gdy dowiedzieli się o wskrzeszeniu Polski. Z pasją zrzucano bączki i różne medale waleczności, w jednej chwili znikła jak dym napuszona dekoracyjna powaga austriacka. Wiara pragnęła z miejsca maszerować pod Lwów”. Niestety nie było to możliwe, gdyż potężne watachy atamańskie popierane przez Niemców, usiłowały rozbroić pododdziały pułku. Nad Lwowem powiewała niebieski – żółta flaga ukraińska, a wojna o Galicję wschodnią miała potrwać jeszcze wiele miesięcy. Po powrocie do Krakowa, via Lublin, gdzie polskim władzom wojskowym zdano broń i amunicję, natychmiast zgłosił się do Legii Oficerskiej jako ochotnik, aby wrócić znowu na kresy i walczyć w obronie Lwowa i nie ustalonych wschodnich granic Polski. Zanim jednak wyruszył na front, uzyskał przepustką na 24 godziny, aby mógł odwiedzić dawno nie widzianych starych rodziców. Ale nie tylko z tego powodu, przyjechawszy do Żywca, szedł „per pedes” do rodzinnego Jabramowa w Cięcinie. Gdy nie tylko w placu Biegunów, ale w całej wsi gruchnęła wiadomość o jego powrocie, wielu Cięcinianów, a zwłaszcza byłych wojaków, którzy dopiero co wrócili do domowych pieleszy, zebrało się u niego w domu. Tak o tym barwnie pisze we wspomnianych „Groniach”: "Kiedy już chałupa wypełniła się do ostatniego miejsca przemówiłem do zebranych po chłopsku - mniej więcej w tym sensie. Cóż to, do jasnej cholery, w domu gnijecie gamonie jakieś, kiedy kraj potrzebuje na gwałt żołnierzy. Dla cudzej sprawy poniewieraliście się po włoskich frontach, a teraz własnych śmieci nie chce się wam bronić? Wstyd psiakrew, baby i dzieci chwytają za broń i giną pod Lwowem, a wy myślicie... Bardzo się zawstydzili i nuż trącać się łokciami, ukradkiem spozierać na siebie. Pierwszy Jasiek Rusek bąknął. Dyć poszlibyśmy ale nie było żądnego rozkazania i nie wiadomo gdzie się zgłosić. Mój ojciec staruszek pokiwał głową i rzekł. Ano chłopcy jak trza to trza, coby się was te gronie nie wstydziły".
Jakąż niezwykłą trzeba było mieć siłę ducha, jakiż żarliwy patriotyzm musiał z niego promieniować, jak żesz musiał umieć sugestywnie podnieść ich na duchu, że liczna grupa chęcińskich kawalerów i chłopów poszła na dalekie kresy walczyć o wolność Lwowa, o wolność Ojczyzny „jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec. I aby tam odnieść brawurowe zwycięstwa. Zaś Legia Oficerska, w której Józef Ciapka, podchorąży, służył jako szeregowiec, otrzymywała zadania wyjątkowo trudne, jako oddział szczególnie dobrze wyszkolony. Przywitawszy tych niezwykłych żołnierzy, gen Rozwadowski powiedział: „Wolałbym, żeby każdy z panów miał swój oddział, bo się tu nie przelewa od ochotników. Jestem pewny, że panowie spełnicie zaszczytny żołnierski obowiązek i starczycie za oddziały”. I przydzielił legię do gen. Zielińskiego. Walczyć pod tak sławnym dowódcą, Jakim był generał Zieliński, to zapewne był wielki zaszczyt dla żołnierza. Ale również niezwykłe trudy i ponad ludzkie wysiłki. Nieprzypadkowo został on odznaczony później czterokrotnie Krzyżem Walecznych, dwukrotnie krzyżem virtuti Militari i orderem Orła Białego. Józef Ciapka we wspomnianych „Groniach” kwituje te zmagania bez rozkwilania się nad sobą, lapidarnie: „Toteż użyliśmy marszów, wypadów i zimnych kąpieli”. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że owe kąpiele odbywały się w grudniu, w zawieruchy deszczu ze śniegiem w czasie oczyszczania rzeki Wiatr, pełnej niebezpiecznych zasadzek uzbrojonych i słynnych z okrucieństwa band, to robi się na samą myśl zimno. Warto też tutaj przytoczyć historię kompanii 33 p. p. kiedy to 200 ochotników zginęło bez śladu, lub zasadzkę w jaką wpadł 150 – cio osobowy oddział młodzieży z kół inteligencji pod Jaworowem. Walki na linii Przemyśl – Lwów miały decydujące znaczenie dla obrony Lwowa, a tym samym dla całej tej wojny. Rozumiały to doskonale obie strony. Toteż walki pod Przemyślem, gdzie legia walczyła obok kompani żywieckiej, odznaczającej się wielką walecznością, należały do również zaciętych jak pod samym Lwowem. Po zdobyciu Chyrowa, Legia Oficerska została rozwiązana i włączona do I – go batalionu 2 – go Pułku Strzelców Podhalańskich, którym dowodził por. Matzenauer. Utrzymanie Chyrowa jako szczególnie ważnego węzła drogowego i kolejowego należało do podstawowego zadania grupy operacyjnej płk Minkiewicza, do której batalion ten należał. A nie było to zadanie łatwe. Część bowiem wojska poszła na odsiecz Lwowa, gdzie wzmogły się ataki Ukraińców. Ponadto, Ukraińcy w olbrzymiej przewadze liczebnej usadowili się na otaczających miasto pagórkach, mając widoczność jak na dłoni i w zasięgu ich ognia; polskie siły były zaś zbyt szczupłe by odrzucić dalej nieprzyjaciela. Brakowało również amunicji i masek gazowych, a dowództwo ukraińskie, głównie niemieckie nie cofało się przed użyciem pocisków z gazami. I chociaż Ojcowie Jezuici gościli to Polskie Wojsko z wielką troskliwością i wdzięcznością za wyzwolenie ich zakładu, bo doznali od Ukraińców wiele prześladowań, i chociaż przygotowali bardzo piękną wigilię, to jednak dla wielu polskich ochotników ta pierwsza wigilia w wolnej Polsce nie pozbawiona była szczypty goryczy. Zacytujemy jeszcze raz wspomnienie z „Groni”: „Dnia 24 grudnia 1918 r. o świcie wyruszyła nasza kompania na Smereczną, gdzieśmy rozbili silna watachę ruską. Z wyprawy wróciliśmy nocą. I miasto posiłku, otrzymaliśmy rozkaz zaciągnąć placówki nad rzeką Strwiążem. Przy braniu okopów w zmarzniętej ziemi, zagrzaliśmy się porządnie, okopy wymościliśmy słomą, na przedpolu mieliśmy piękne, naturalne choinki. Koło północy na placówkę do mnie: Jaś Szczepaniak, Tadek Szafran, Michał Lauer i mój Wicuś Białek, przynosząc opłatek wigilijny i pełne manierki rumu. Po złożeniu sobie serdecznych życzeń świątecznych, Poczęliśmy nucić „Wśród nocnej Ciszy”.
Określenie: „mój” Wicuś wzięło się stąd, że razem poszli się zapisać na tę wojnę, a także dlatego, że parę dni przedtem, wiedziony jakąś intuicją Ciapka poszedł mu z odsieczą, i jak się okazało Wicuś był w wielkich opałach. Warto może też jeszcze dodać, że wszyscy ci przyjaciele, którzy go odwiedzili, to był sztab batalionu, co przez skromność autor pomija. A taka przyjaźń świadczyła o dużym uznaniu. Walki zaś, zwłaszcza w czasie ukraińskiej ofensywy lutowej, a potem marcowej, były bardzo zacięte. Komunikat Naczelnego Dowództwa w Warszawie podkreśla „niezrównaną postawę i waleczność naszych wojsk”. Także podpułkownik Sopotnicki w „Kampanii polsko – ukraińskiej” przyznaje, że żołnierz polski w tej wojnie wykazał „nadzwyczajne męstwo, bitność i dzielność”. Także przedstawiciel Ententy gen. Joseph Bartholemy, który próbował doprowadzić do rozejmu, depeszował do marszałka Focha: „Ludność, która z takim bohaterstwem broni ojczystego miasta, nie może podlegać innej władzy tylko polskiej”.
Na wiosnę 1919 r. Józef Ciapka zostaje wraz z batalionem 2 p. s. p. zawagonowany w Nowym Mieście i skierowany do walk w grupie operacyjnej „Bug”, dowodzonej przez gen. Romera. Na próżno przedstawiciele mocarstw zachodnich, którzy poza Francją wyraźnie sprzyjali stronie ukraińskiej, usiłują doprowadzić do rozejmu. Również
wysiłki Dowództwa polskiego w Warszawie, zmierzające do utworzenia wolnej Ukrainy, która byłaby sojusznikiem polskim przeciw Rosji sowieckiej napotykają na przeszkody. Zaślepiony, fanatyczny nacjonalizm ukraiński nie dopuszczał innego rozwiązania jak tylko granice na Sanie, co rzecz jasna nie było do przyjęcia przez stronę polską. Sam Maciejewicz, minister spraw zagr. W rządzie Petlury powiedział posłowi polskiemu, wysłanemu na pertraktacje: „Ugoda z Polską nie będzie łatwa, wobec zwierzęcej wprost zaciekłości pewnych kół galicyjskich”. Tymczasem obok coraz bardziej zaciętych walk, okrucieństw i głodu pojawił się wspólny wróg: tyfus plamisty. Nie oszczędził on również wycieńczonego organizmu J. Ciapki, kiedy wojna dobiegała już końca. I chociaż 2 p. s. p. przerzucony został w okolice Borysławia, by bronić szybów naftowych co po skończonej wojnie było raczej odpoczynkiem, mimo ogromnego zmęczenia pięcioletnimi zmaganiami bojowymi, mimo odniesionych ran, mimo ciężkich chorób, Józef Ciapka wykorzystuje chwilowy pokój, aby rozpocząć studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W styczniu 1920 – m roku otrzymuje stopień podporucznika, a w marcu pisemną pochwałę B. Z. 2 p. s. p. . Przygotowana przez polskie dowództwo wojskowe ofensywa kijowska, oraz nasilające się walki na wileńszczyźnie z wojskami sowieckimi zmuszają go do przerwania studiów już w marcu 1920 – o roku. Zostaje skierowany na kurs strzelecki VI armii w Jarosławiu, a następnie przydzielony do 33 – go pułku piechoty. W końcu kwietnia wyrusza na front polsko – sowiecki nad Dźwinę w okolice Połocka, dowodząc najpierw plutonem, a później 12 – ą i w końcu 10 – ą kompanią iii batalionu 33 p. p. Opisany przez niego w kilka lat po wojnie udział tego bohaterskiego pułku w ramach „Zarysu historii wojennej pułków polskich 1918 – 1920 przybliża nam całą panoramę przejmujących tych heroicznych zmagań, których nie tylko był świadkiem, ale wyróżniającym uczestnikiem. Nie sposób opisać wszystkie zacięte obrony przed przeważającymi siłami wroga, brawurowe zwycięskie kontrataki, często w walce na bagnety, ale wspomnimy choćby niektóre z nich. Już 15 – go maja pod Mienicą wyróżnił się nasz beskidzki Rodak, gdzie dowodzony przez niego pluton uratował swoją 10 – ą kompanię otoczoną z trzech stron, ta zaś z kolei pozwoliła wycofać się całemu III batalionowi bez strat, powstrzymując ataki wroga jeszcze przez trzy godziny. W dwa dni później pluton pod jego dowództwem uderzył śmiało na tyły nieprzyjaciela, zadając mu poważne straty i zmuszając go do ucieczki. A nie są to jakieś przechwałki dzielnego wojaka, lecz precyzyjne ustalenia, weryfikowane wspólnie z naukowymi pracownikami Wojskowego Biura Historycznego oraz ze wszystkimi autorami, którzy opracowywali pozostałe półki, na podstawie zebranych materiałów w poszczególnych półkach, na podstawie rozkazów dziennych, raportów, meldunków, pochwał etc.
W czasie wielkiej ofensywy Tuchaczewskiego główne uderzenie IV armii sowieckiej, dowodzonej przez Siergiejewa, skierowane było na najbardziej wysunięty odcinek ku północy, broniony właśnie przez 33 – i pułk piechoty. Nagromadziwszy ogromne zasoby wojska i artylerii, Tuchaczewski w rozkazie dziennym, nawoływał do jakichś mongolsko – tatarskich instynktów pod sztandarem komunizmu: „Na zachodzie rozstrzygają się losy powszechnej rewolucji, po trupie Polski wiedzie droga do światowego pożaru. Na Wilno, Mińsk, Warszawę – marsz!”
„O godzinie 3 dnia 4 lipca – czytamy we wspomnianym „Zarysie” – nieprzyjaciel otworzył huraganowy ogień z ciężkich i lekkich baterii na odcinek 33 = pułku piechoty. Po raz pierwszy na froncie polsko – rosyjskim osiągnęła taką potęgę ogniową, iż zniszczyła doszczętnie polskie słabe zasieki i okopy i zerwała całą sieć łączności. Ogień trwał blisko godzinę. Pozycje stanęły w dymie i kurzu tak, że nie można było na kilka kroków nic rozeznać. Nieprzyjaciel był pewny, że nie napotka oporu. Ruszył więc zwartą masą do potężnego natarcia, kierując gros sił na odcinek III batalionu. Po morderczej walce, trwającej blisko godzinę, nieprzyjaciel poniósłszy ciężkie straty zdołał opanować zniszczone okopy”… Ale cofnąwszy się 33 pułk dokonał przeciw uderzenia z taką furią, że „przeciwnik dwadzieścia kroć liczniejszy zdumiał się, zachwiał i cofnął. Był to jeden z najpiękniejszych widoków brawury polskiej, kiedy dowódcy batalionów jak porucznik Bursa, podporucznik Ftydrych, dowódcy kompanii – podporucznicy Latour, Tabaczyński, Goldman i Szymański – ruszyli konno pod gradem kul na czele swych oddziałów. Do przeciwnatarcia. Był to ogólny wyścig poświęcenia, zapału i pogardy śmierci. Żołnierze nasi jak stado zgłodniałych wilków rzucili się na przeciwnika, rozbijając w niwecz jego silne oddziały. (…) Nieustanne kontrataki trwały do 16 godziny. Pułk zdziesiątkowany, wyczerpany, nie ustąpił pola. Za każde natarcie płacił krwawym odwetem: zepchnięty z jednego stanowiska, atakował drugie. Nie było już linii, pozycji, frontu, broniono się ze wszystkich stron, ustępując na drugą pozycję od bagien Jelnia na Morozy – Nowe Kruki. Cały ten szlak pokryły gęsto trupy nieprzyjacielskie i własnych żołnierzy. Piechota rosyjska ciągle zasilana i w ogromnej przewadze liczebnej ani razu nie wstrzymała kontrataku pułku – zwłaszcza gdy ruszono do walki wręcz. Do 16 godziny pułk szedł 17 razy do przeciw natarcia, a za każdym razem nieprzyjaciel ustępował. Dopiero gdy kawaleria nieprzyjaciela zaszła na tyły Polaków, nakazano odwrót. „(J. Ciapka: Zarys …) Księga Chwały Piechoty (1937) potwierdza ten opis”. W boju pod Dreguczą Pułk wykazał doskonałą postawę żołnierską, a jego przeciwnatarcia pełne brawury i poświęcenia wniosły do jego tradycji orężnej nieprzemijające wartości. Ale największą pochwałę otrzymał Pułk od Naczelnego Wodza, Marszałka Józefa Piłsudskiego, który oceniając przebieg wojny polsko - bolszewickiej powiedział m. in.: „Ta bohaterska obrona dwóch batalionów naszego 33 – go pułku piechoty, przeciwko dwóm i pół dywizji przeciwnika, powstrzymywana była zgodnie z naszymi danymi zaledwie przez 10 dział 8 – mej dywizji, do której pułk należał. Zniweczyła ona prawie, albo co najmniej zrobiła wątpliwa zamierzoną operację w sudańskim stylu, zatrzymując główne siły IV – ej armii w ich zamiarze szybkiego wyjścia na tyły i skrzydła naszych wojsk walczących dalej na południu … Siergiejew wyraźnie konstatuje, że uporczywy opór silnie zatrzymywał rozwój ich położenia i dopiero około godziny 16 opór polski został złamany … Tak silny był opór dwóch batalionów 33 – go pułku piechoty, że nieprzyjaciel w swoich relacjach i obliczeniach zwiększał nasze siły, czyniąc z dwóch batalionów, bój większej części 8 – ej dywizji”. Ta najwspanialsza pochwała ma tym większe znaczeni, że bohaterstwo było – nie tylko w tej bitwie, ale w czasie całej tej wojny – powszechna. Naród poderwał się do walki przeciw najeźdźcom z takim męstwem, na widok którego – jak powie Stefan Żeromski – zaniemiał z zachwytu świat. Prorocze nawoływanie Juliusza Słowackiego:
„Niech ku północy z cichej się mogiły
podniesie naród i ludy przelęknie,
Że taki wielki posąg z jednej bryły,
A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,
Ale z piorunów ma ręce i wieniec,
Gardzący śmiercią wzrok – życia rumieniec”.
Te słowa wieszcza spełniły się w tej wojnie całkowicie. Po zwycięskiej bitwie warszawskiej gen. Faury powie: „Ścigają ludzie zgłodzeni, szkielety. Ożywia ich tylko płomień ich oczu, w których czyta się gorącą wolę by dotrzeć do celu”. Tymczasem straszliwa nawałnica parła na Warszawę. Ale nawet w tym odwrocie 33 – i pułk stoczył na przedmieściu Małkinia – Lańkowa n/Bugiem zacięty bój, powstrzymując przez trzy dni zaciekłe ataki nieprzyjaciela. Tutaj też wyróżnił się dowódca 12 – j kompanii. ppor. J. Ciapka, który wraz z ppor. Latourem d – ą 10 kompanii samorzutnie ruszyli do kontr ataku, rozbijając silny oddział nieprzyjacielski, i przyprowadzając 36 jeńców. Powstrzymanie ofensywy sowieckiej, oczywiście przez całą 8 – ą dywizję, w skład której wchodził 33 – i pułk piechoty, miało bardzo ważne strategiczne znaczenie. Chodziło bowiem o przygotowanie się do obrony Warszawy i dokonanie odpowiednich przegrupowań w ramach kontr uderzeniowego planu z nad Wieprza IV armii dowodzonej przez samego Naczelnego Wodza Marszałka Józefa Piłsudskiego. Cały front - przypomnijmy – został podzielony na trzy odcinki: północny, środkowy i południowy. Północny odcinek frontu obejmował trzy pododcinki: 1) od granicy niemieckiej do Pułtuska włącznie dowodzonego przez gen. Sikorskiego (V armia), 2) od Sorocka włącznie do Karczewa włącznie bronionego przez I armię pod dowództwem gen. Latinika, i 3) pododcinek, wzdłuż biegu Wisły na południe od Karczewa, dokładniej: od Góry Kalwarii włącznie po Dęblin bronionego przez II armię. Całością tego północnego frontu dowodził gen. J. Haller. 8 – a Dywizja wchodziła w skład I armii, która miała zadanie odpierać przez kilka dni ataki na Warszawę i „zadanie nieprzyjacielowi możliwie ciężkich strat, celem osłabienia jego odporności bojowej” (A. Przybylski: Wojna polska 1818 – 1920), aby uderzenie z boku frontu środkowego (głównie IV armia) Były skuteczne. Żołnierze byli u kresu wytrzymałości: kilkutygodniowy marsz odwrotowy, wśród ciągłych walk i kontrnatarć, obdarci, bez butów, stanęli pod Warszawą 12 sierpnia. 33 – i pułk zajął pozycję w Ossowie k/Zielonki. Umocnienia obronne były słabe, zasieki tuż przed rowami, a do samej pozycji dochodził las. Ale jak pisze J. Ciapka w „Zarysie”, żołnierze zdawali sobie sprawę z ważności chwili. Dowódca pułku pod płk. Sawicki w rozkazie budził ducha walki: „Żołnierze! Nadeszła chwila, w której musicie się zdobyć na zwycięstwo. Bitwa stoczona u bram stolicy, ma zadecydować o losach Ojczyzny naszej. Musicie zdwoić męstwo wasze i moc waszą i pokazać światu, żeśmy narodem wielkim i zdolnym do wielkich czynów. Wierzę, że spełnicie swój obowiązek, tego żąda od was Polska, Naczelny Wódz i historia”.
Dnia 13 sierpnia o świcie na całym froncie 1 – j armii, broniącej Warszawy, zawrzał bój przy niemilknącym wtórze dział. O godz. 11 minut 30 dowódca pułku wysłał III batalion 33 – go pułku piechoty na pozycję I batalionu 36 – go pułku piechoty, który pod naporem przeciwnika ustępował. „Trzeba tu przypomnieć, że ów I batalion był utworzony z uczniów szkolnych i harcerzy warszawskich, którzy szli pierwszy raz do tego morderczego boju, w czasie którego dochodziło często do walki na bagnety. Wiódł ich do boju z krzyżem w ręku legendarny ks. Ignacy Skorupka, który padł na polu chwały. Pogrzeb jego stał się później wielką manifestacja patriotyczną, a trumnę jego przyozdobił krzyż Virtuti Militari przypięty przez samego gen. Hallera. Jeden z tych uczniów – żołnierzy J. Szmidtke tak opisuje swój udział w bitwie i śmierć księdza: „Był sześć ataków naszych, z których pięć, było niefortunnych, a dopiero szóstym atakiem odrzuciliśmy bolszewików o parę kilometrów za wieś Leśniakowiznę. Parę razy dochodziło do starcia na bagnety. W pierwszym ataku ks. Skorupka jakimś zbiegiem okoliczności znalazł się parę kroków ode mnie. Widziałem, jak gdy dochodziliśmy, jeden z bolszewików strzelił do księdza i ugodził go kują w czoło, ten sam również strzelił do mnie, lecz nie trafił, repetował karabin by znów strzelić, lecz ja go uprzedziłem i paru pchnięciami bagnetu powaliłem go. „ (St. Heleszyńki: Ks. Ignacy Skorupka).
Następnego dnia tj. 14 sierpnia – jak opisuje to w „Zarysie” J. Ciapka – „36 – y pułk piechoty przybył celem zluzowania na odcinku I batalionu 33 – go pułku. Podczas tego luzowania nieprzyjaciel wielkimi siłami natarł gwałtownie na 36 – ty pułk piechoty, zachodząc mu na tyły. 36 – ty pułk po krótkim oporze począł się cofać. (…) Nieprzyjaciel wykorzystując lukę jaka powstała przez cofnięcie się 36 – go pułku piechoty, posunął się naprzód wdzierając się na tyły III batalionu 33 – go pułku. Batalion znalazł się w największym niebezpieczeństwie: w rozpaczliwej walce na białą broń zdołał wycofać się, mocno skrwawiony. (…) Jednocześnie podp. Sawicki wraz z podp. Łukasikiem powstrzymywali z największym trudem oddziały ochotnicze i zawracali w stronę wroga. Szlachetny staruszek ochotnik mjr. Dobrowolski w największym ogniu organizował ochotnicze oddziały i kierował ich ogniem. Podpułkownik Sawicki stanął na drodze osowskiej, wystawiając się na morderczy ogień karabinów maszynowych i dają przykład spokoju i pogardy śmierci. Na jego widok gromady ochotników przystawały zdumione i zanim jeszcze padł rozkaz, poczęły same zawracać w stronę nieprzyjaciela. Podpułkownik Sawicki wskazując ręką na na nadbiegające oddziały nieprzyjaciela, krzyknął rozkazują cym głosem: „Tu nam zwyciężyć lub zginąć”, poczym z adiutantem podporucznikiem Łukasikiem, biegiem ruszył ku wrogowi, pociągając tym do przeciwnatarcia cofające się poprzednio oddziały ochotnicze. Żołnierzom 33 – go pułku, walczącym na oczach ukochanego dowódcy, rosły serca, dwoiła się energia.. Hasło rzucone „zginąć lub zwyciężyć”, przebiegło z szybkością błyskawicy od kompanii do kompanii, dotarło do wszystkich oddziałów. Żołnierze, niepomni na padających towarzyszów, szli nieustępliwie naprzód i ostatkiem sił pragnęli pokonać wszelkie przeszkody, nie bacząc na zacięty opór wroga. „Pochwałę za tą bohaterską walkę znajdziemy w monumentalnym wydaniu wspomnianej już poprzednio Księdze Chwały piechoty: „W pamiętnych dniach 13 i 14 sierpnia 1920 r9ku 33 pułk piechoty przyczynił się do odparcia od progów Warszawy nieprzyjaciela. Przeciw nacierając pod Osowem i Leśniakowizną, rozbijała w walce na kolby i bagnety rozpaczliwe wysiłki nieprzyjaciela”. A nasz beskidzki bohater z Cięciny podporucznik Józef Ciapka, dowódca kompanii musiał walczyć szczególnie odważnie i ofiarnie skoro został odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych!
Po odrzuceniu wroga od stolicy, zwłaszcza po rozstrzygającym ostatecznie natarciu XIV dywizji piechoty i całej grupy manewrowej z nad Wieprza dowodzonej przez Naczelnego Wodza Marszałka Józefa Piłsudskiego, w skład której wszedł również 33 – i pułk piechoty. 8 – a dywizją, a w raz z nią 33 – i pułk została przerzucona 12 IX na południowo – wschodni odcinek frontu, forsując rzeki, zdobywając szereg ważnych miast często okupione ciężkimi stratami, rozgramiając nieprzyjaciela pod Szepetówką i Lubarem (17 X 1920 r.), czyli dosłownie w przeddzień zakończenia wojny.
Kiedy nastał upragniony pokój, ppor. J. Ciapka, przydzielony zostaje do Batalionu Zapasowego 33 - go pułku, aby mógł kontynuować rozpoczęte studia filologiczne w Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest ulubionym uczniem i asystentem prof. Chrzanowskiego. W 1925 – m, po ukończeniu studiów zostaje powołany do kadry oficerskiej jako porucznik w 33 – im pułku piechoty. Poznaje swoją przyszłą żonę Helenę Luceńko urodzoną w Stanisławowie, a mieszkającej wtedy w majątku jej matki w Grudnej k/Biecza. Ślub ich odbył się 14 lutego 1926 roku w Krakowie w parafii św. Mikołaja. Byli małżeństwem bardzo dobrym i pozostali sobie wierni do końca życia.
W tym też czasie zostaje powołany na wykładowcę w Korpusie Kadetów w Rawiczu. Wykłada j. polski i historię. Zachowane w archiwum opinie jego przełożonych są entuzjastyczne. Zostaje wychowawcą kompanii szkolnej, a było to stanowisko przeznaczone dla oficera w radze kapitana. Jest redaktorem naczelnym czasopisma „Zew kadecki, gdzie drukuje również swoje opowiadania. Organizuje rocznicowe imprezy i przedstawienia (dużym powodzeniem cieszyła się np . „Lilia Weneda”). Jest u szczytu powodzenia, a jednak nie awansuje. Jak wiadomo Korpus Kadetów był uczelnią bardzo ekskluzywną. Niełatwo było dostać się do niej synowi chłopa, choćby bardzo zdolnemu. Jako ludowiec Józef Magórski – Ciapka, znany z odwagi nie tylko wojskowej, ale również cywilnej, popierał najzdolniejszych bez względu na pochodzenie, a tępił leniów, choćby to byli synowie wysoko postawionych osobistości. Nie przysporzyło mu to liczących się przyjaciół. Nie brak więc sprzeczności w opiniowaniu np.: „Bardzo wykształcony, wszechstronnie oczytany. Entuzjastycznie zamiłowany w nauczaniu. Idealny wykładowca. Bardzo impulsywny i nerwowy mimo to sprawiedliwy w ocenie. Osiągnął bardzo dobre rezultaty prowadząc kompanię aż do matury”. Dlaczego więc wniosek: „Powinien zostać przeniesiony do korpusu oficerów oświatowych”. Ta tendencyjność widoczna jest jeszcze bardziej w 1933 – m roku: zażądanie opinii dowódcy dywizji, ten jednak nie chciał się do tego mieszać, tylko: „Bliżej nie poznany z tego względu opinii dać nie mogę”. I tak oto „Idealny wykładowca” przeniesiony został na krańce Rzeczypospolitej do 44 – go pułku piechoty strzelców kresowych w Równem wołyńskim. Z całym zapałem poświęca się pracy nauczycielskiej i oświatowej, zwłaszcza, że nie brak tu żołnierzy i oficerów z ziemi żywieckiej. Pisze powieść „Bieguni”, której fragment zamieściły „Gronie w 1939 r. opisujący odpust w Rychwałdzie. Trzeba tu wspomnieć, że od dziecka chodził z pielgrzymkami na ten odpust, który odbywał się 16 Lipca. A po skończeniu wojny polsko – sowieckie, jeden z otrzymanych Krzyżów Walecznych ofiarował, jako Votum wdzięczności Najświętszej Pani żywieckiej, królującej w Rychwałdzie, za wielokrotne cudowne ocalenie z niezwykłych opresji wojennych i sytuacji, w których – jak w to głęboko wierzył – bez jej pomocy byłby niechybnie zginął. Wystarczy tu przypomnieć choćby jeden epizod, jeszcze z czasów I wojny światowej. W czasie walk zobaczył poniewierający się obraz Matki Bożej. Podniósł ten święty wizerunek i nosił ze sobą. Pewnego razu gdy spał w ziemiance, obraz ten, który wisiał nad nim na ścianie spadł uderzając go w głowę.
Błyskawiczne, prawie w szoku, chwycił ten obraz i wybiegł z nim na zewnątrz. W tym momencie potężny pocisk artyleryjski zniszczył doszczętnie ziemiankę. Również w czasie drugiej wojny światowej doznał cudownej wprost pomocy uciekając z niewoli sowieckiej. Toteż do końca życia, dopóki pozwalało mu tylko zdrowie, chodził z Żywca wraz ze swoja rodziną do rychwalskiego sanktuarium i tam przed cudami słynącym obrazem Matki Bożej leżał krzyżem, dziękując za wielokroć ocalone życie. W niewydanej wciąż drukiem powieści „Bieguni” pisał:
„Kto choćby raz w życiu miał szczęście oglądać oblicze Matki Boskiej Rychwalskiej, skupione, jakby żywe, pełne niebiańskiej słodyczy i rzewnego zadumania nad dolą ludu, ten już nigdy nie zapomni tego wejrzenia, które przenika serce człowiecze na wskroś i utrwala się w duszy na zawsze. Nie dziw, że biedota garnie tak licznie do stóp swej Orędowniczki, szukając u Niej ukojenia i pociechy”.
W Równem Wołyńskim, gdzie napisał tę powieść (1934 r.), zdarzył się też bardzo charakterystyczny dla jego osobowości incydent na tle religijno obyczajowym. Mianowicie, kiedy przywrócił dawniej zwyczaj modlitwy przed i po posiłkach, jeden z oficerów wyraził się drwiąco o tego stosowanej praktyce, wówczas Józef Ciapka wyzwał go na pojedynek. I tylko dzięki licznym rozjemcom udało się ten konflikt załagodzić. Ale konflikty towarzyskie wynikały głównie z pewnych podziałów politycznych: „piłsudczyków” i „halerczyków”. J. Ciapka był bezgranicznym zwolennikiem „Dziadka”. Nawet po drugiej wojnie miał odwagę podkreślić zasługi wskrzesiciela Polski i geniusz wojskowy Naczelnego Wodza, a portret Marszałka Józefa Piłsudskiego, do końca jego życia był u niego w mieszkaniu, obok wspomnianego już obrazu Matki Boskiej. Z Piłsudskim miał Ciapka bezpośrednie spotkanie prawdopodobnie (w okolicy Ręczaje) z 17 na 18 sierpnia, gdy pełnił wraz ze swoją kompanią obowiązki oficera wachtowego. Piłsudski dniem i nocą podtrzymywał ducha w żołnierzach. Mówi o tym gen. Wevgand: „W ciągu trzech dni, które Marszałek Piłsudski spędził wśród wojsk IV armii, zelektryzował je; przelał z własnej duszy w dusze walczących ufność i wolę pokonania wszelkich przeszkód. Nikt poza nim nie mógł tego dokonać. Pod żadnym innym dowódcą wojska polskie nie dokonałyby z tym uniesieniem zażartym tej ofensywy, która miała doprowadzić je w ciągu kilku dni aż do niemieckiej granicy, przedzierając z boku i rozwalając siły czterech armii sowieckich, które dopiero co miały się za zwycięzców”. Wtedy to Piłsudski wdał się w rozmowę z bohaterem spod Osowa, częstując go nawet papierosem. Tego papierosa J. Ciapka trzymał do końca życia jak drogocenny talizman.
Tymczasem z początkiem 1939 r. por. Józef Ciapka otrzymuje jako zasłużony awans na stopień kapitana, lecz ze względu na stan zdrowia, zostaje przeniesiony w stan spoczynku. Wraz z rodzina przenosi się do Krakowa. Ale po paru miesiącach zaledwie, na wieść o napaści hitlerowskiej na Polskę, jeszcze raz, dobrowolnie, jeszcze raz poszedł bronić Ojczyzny, zgłaszając się z powrotem do swego macierzystego 44 – go pułku piechoty strzelców kresowych, Gdy żona jego, mając trójkę nieletnich jeszcze dzieci (najmłodsza Terenia nie miała jeszcze 8 – u lat) prosiła go, by ze względu na stan swego zdrowia i dzieci pozostał w domu, odpowiedział: „Wybacz kochana najpierw Ojczyzna, potem rodzina”. I Poszedł jeszcze raz na wojnę, jeszcze raz bronić Ojczyzny. Przydzielono go do batalionu odwodowego, którym dowodził Major Franciszek Gołąb, ten sam, którego spotkał w Przemyślu gdy obaj szli na pierwsza wojnę Polską. Armia Czerwona, która 17 września napadła na Polskę otoczyła batalion ten we Włodzimierzu wołyńskim. Kpt. Józef Ciapka i paru jeszcze innych oficerów uciekło, próbując się przedostać przez granicę na Węgry. Tam jednak zostali ostrzelani przez Ukraińców i musieli zawrócić. I tak dostali się do niewoli sowieckiej. Tu, gdy ich schwytano zdarzył się kolejny – jak sam głęboko w to wierzył – cud - mianowicie, gdy oficer sowiecki sprawdzał jego oficerską legitymację, kartki jej, w tym miejscu, gdzie były wypisane jego bohaterskie odznaczenia bojowe, w tym dwukrotnie Krzyżem Walecznych za udział w wojnie w 1920 roku. Skleiły się tak, że sprawdzający dokumenty oficer nie zauważył tego, a jak wiadomo zdarzały się wypadki, że za taki udział oficerów rozstrzeliwano na miejscu. Gdy przywieziono ich do obozu we Włodzimierzu wołyńskim gdzie ich batalion znajdował się pod silną strażą i za drutami kolczastymi, kazano im przejść przez tzw. „uliczkę karną”, utworzoną przez znajdujących się tam polskich jeńców, sądząc, ze żołnierze polscy jako „ciemiężeni synowie ludu” rzucą się na „jaśnie panów – oficerów” i poczną się na nich mścić. Ale jakież musiało być ich zaskoczenie, gdy zobaczyli, że żołnierze polscy nie tylko nie wymyślają polskim oficerom, ale że rzucili się ku nim z radością i wzruszeniem, dzieląc się z nimi resztkami zapasów żywności. Ten tymczasowy obóz jeniecki we Włodzimierzu szybko zlikwidowano, a jeńców, wśród nich kpt. J. Ciapkę zawagonowano do transportu w tzw. bydlęcych wagonach i wieziono – jak się później okazało – do Kozielska, a stamtąd do Katynia. Gdy dojechali do Szepetówki, która przed wojną znajdowała się już po stronie radzieckiej, ale którą jeszcze dobrze znał z walk w 1920 – m roku, kpt. J. Ciapka, namawiając również do ucieczki (niestety bezskutecznie) mir. T. Gołąba usuwając deski z podłogi wagonu, uciekł nocą z transportu. Cały Wołyń znał bardzo dobrze, ale i tak uważał to za cud, że udało mu się dotrzeć do Przemyśla, przekraczając w brud, lodowaty już o tej porze San. Była to już chyba połowa listopada. Złapany przez Niemców, dostał silnego krwotoku żołądka (miał wrzód na żołądku) i po wszystkich tych przejściach i ucieczkach był w stanie krańcowego wyczerpania. Umieszczono go w szpitalu, ale leczenie w ówczesnych warunkach, przy braku lekarstw, nie mogło przynieść wyraźnych rezultatów, choć zapewne otarł się jeszcze raz o granicę śmierci. Pozwolono mu wrócić do domu, zapewne z przekonaniem, że dni jego są policzone.
„Przypominam sobie – wspomina jego syn Andrzej- ojca wracającego z niewoli. Nie mogłem go poznać. Wyglądał jak ów legendarny Odys (bo tak go nazwali najbliżsi przyjaciele): brodę miał prawie do pasa, w mundurze oficerskim, wspierający się na sękatym, potężnym kiju. Wszyscy się za nim oglądali, gdy ledwo powłóczący nogami, szedł tak ulicami Krakowa”.
Gdy wrócił trochę do sił, służy dalej Polsce pracując w konspiracji. Jego mieszkanie przy ul. Dolnych Młynów 6 było punktem kontaktowym: tutaj wydawano rozkazy, przyznawano zapomogi ofiarom wojny, rozdzielano podrobione kartki żywnościowe, zajmowano się kolportażem prasy konspiracyjnej. Uczył też J. Ciapka na tajnych kompletach.
Po zakończeniu wojny w 1945 – m roku wrócił do swoich ukochanych stron rodzinnych, aby założyć ogólnokształcące Gimnazjum, w Cięcinie. Chciał by jak największa ilość młodzieży mogła się kształcić. Trzeba tu przypomnieć, że Gimnazjum w Żywcu nie mogło pomieścić nagromadzonych przez lata wojny roczników, przy tym ilość pokoi do wynajęcia uczniom była bardzo ograniczona, a dojazd do Żywca od Zwardonia uniemożliwiony przez całkowite zniszczenie torów kolejowych przez wycofującą się armię niemiecką. Mimo rozlicznych trudności, zwłaszcza lokalowe, Dyrektor J. Ciapka doprowadził pierwszą grupę młodzieży do małej matury, która odbyła się przed państwową komisją powołaną przez kuratorium. Wysoka ocena egzaminu maturalnego, jak również wyniki abiturientów uczących się dalej w liceach w Żywcu czy w Bielsku świadczy wymownie o profesjonaliźmie grona nauczycielskiego Prywatnego Wiejskiego Koedukacyjnego Gimnazjum w Cięcinie. , a przede wszystkim dają wspaniałe świadectwo założycielowi i głównemu pedagogowi Dyr. J. Ciapce. Dzięki niezwykłej osobowości i sugestywności mówienia potrafił on wykrzesać z uczącej się młodzieży niezwykły zapał. Uczył wnikliwego myślenia, krzewił żarliwy patriotyzm, budził zdrowe ambicje. Organizował także przedstawienia teatralne (np. fragmenty „Dziadów” Mickiewicza, oraz poranki czy wieczornice okolicznościowe) np. święto Trzeciego Maja, lub królowej Jadwigi, a nawet znalazł się czas na niezapomnianą wycieczkę w beskidzkie gronie.
O szerokich horyzontach tego kształcenia świadczy rozpiętość kierunków wyższych studiów obranych przez wychowanków cięcińskiego gimnazjum: od kilku księży poczynając, przez lekarzy, inżynierów, profesorów, sportowców, a na aktorach kończąc. O talencie pedagogicznym Dyr. Józefa Ciapki świadczą nie tylko entuzjastyczne wspomnienia wychowanków tego gimnazjum ale również fakt, że przez następnych kilka lat (do 1951 r.) prowadził i podniósł na wysoki poziom Państwowe Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące w Zambrowie, A potem w Busku Zdroju.
O umiłowaniu swoich rodzinnych stron i całej ziemi żywieckiej świadczy żarliwy apel zamieszczony już we wspomnianych „Groniach”, których był stałym korespondentem, apel wzywający do budowy pomnika dla upamiętnienia patriotycznego czynu:
„Tym, którzy ofiarnym porywem zapisali kartę szlachectwa mieszczańskiego i chłopskiego, w epoce najazdu szwedzkiego, złóżmy należną cześć przez wybudowanie pomnika, by świecił Ojcom na chwałę, potomnym był otuchą i nauką!”. Ten apel jest nie tylko aktualny, ale wzbogacony jest nowymi licznymi świadectwami bohaterstwa w walkach o wolność i Niepodległość Polski. Od Legionów Piłsudskiego, do którego wyjechała najpierw 100 – osobowa grupa ochotników, a później cały specjalny pociąg, poprzez pierwszą wojnę polską, gdy Żywiec wyglądał jak wielki obóz wojskowy, a kompanie żywieckie, w tym także bohaterska młodzież i uczniowie szkół, o których pisze półkownik Kubicki iż „Szli prawie bez wystrzału, z bagnetami na karabinach, z okrzykiem na ustach, rwali za sobą starych żołnierzy sąsiadów, parli w przód i zwyciężyli !” Wyróżniali się odwagą w walkach pod Lwowem i Przemyślem, przez obronę w 1939 – m roku w Węgierskiej Górce, i przez całą daninę cierpień i krwi ziemi żywieckiej.
Idea „Solidarności” i Towarzystwa Miłośników Ziemi Żywieckiej nazwania Szkoły Podstawowej w Cięcinie imieniem śp. Kapitana Józefa Ciapki, w setną rocznicę jego urodzin, lub chociaż wmurowania tablicy na gmachu, gdzie mieściła się Dyrekcja Gimnazjum w Cięcinie, upamiętniającej tę wspaniałą postać, byłaby pierwszym krokiem do ocalenia od zapomnienia całej tej bogatej, patriotycznej karty ziemi żywieckiej. Niech jego żarliwy patriotyzm, wielokrotnie i ponad przeciętność dawane świadectwo umiłowania Ojczyzny, jego prawdziwa pasja pedagogiczna – według jego własnych słów – „Świeci ojcom na chwałę, a potomnym niech będzie otuchą i nauką!”
Kraków 1991 r. Tadeusz Jurasz
Andrzej Magórski: „Jest to zdjęcie obrazu Matki Boskiej, który towarzyszył ojcu na froncie w czasie I wojny światowej. Podczas bombardowania artyleryjskiego obraz ten spadł w ziemiance na Ojca i obudził go. Ojciec wybiegł z obrazem z ziemianki i wówczas pocisk artyleryjski rozsypał ziemiankę. W ten sposób uratował mu życie."