- Szczegóły
- Opublikowano: 24 październik 2009
Grupa pasjonatów realizuje marzenie - zdobycie wszystkich czterotysięczników Alp.
Wielokrotnie w przeszłości przekonaliśmy się, że czas spędzony w górach niezawodnie pozwala na odreagowanie codziennego pośpiechu. Po wielu wędrówkach po naszych Beskidach, Tatrach, odległych Bieszczadach, górach bliskiej Słowacji zaczęliśmy szukać czegoś nowego. Pojawił się pomysł odkrycia dalekich Alp, które długo były dla większości z nas niedostępne z różnych powodów. Przez kilka lat poświęcenie chociaż tygodnia na wymarzone wyjazdy graniczyło z cudem, aż w końcu odkrywając ze zdziwieniem uciekający czas i przybywające w zastraszającym tempie lata postanowiliśmy dłużej nie zwlekać. Naszym życzeniem jest przynajmniej raz do roku odkrywać nowe obszary górskie, podróżować…
Alpy dalekie
Zwykle kojarzą nam się ze wspaniałą aurą zimową, wielokilometrowymi trasami narciarskimi, na które wywożą supernowoczesne kolejki linowe. My znamy Alpy z okresu letniego, który jest równie atrakcyjny. Ogromne doliny alpejskie, tysiące kilometrów pięknych szlaków pieszych, rowerowych, kolejki górskie, lodowce, pachnące łąki i wyrastające nad nimi ośnieżone szczyty dają możliwości zorganizowania niezapomnianego wypoczynku. Dodatkowo minęły już czasy nieosiągalnych dla przeciętnego Polaka cen w euro lub franku szwajcarskim. Jest ciągle drogo, ale ceny są akceptowalne. Doba w szwajcarskim schronisku górskim kosztuje ok. 20 – 40 CHF. Co w zeszłym roku przy niskim kursie stanowiło nieco ponad 40 PLN !!! Polecam. Jadąc w Alpy wybieramy z reguły okres przełomu lipca i sierpnia, bo najłatwiej wtedy natrafić na sprzyjającą pogodę. Staramy się poznawać różne alpejskie regiony i wybieramy góry te łatwiejsze według naszych umiejętności, i te ładniejsze według zdjęć, do których w różny sposób docieramy. W Alpach jest ponad czterdzieści czterotysięczników – imponująca liczba. Naszym realizowanym marzeniem jest wspiąć się na te piękne góry, a zdobycie każdej następnej to wspaniała przygoda wymagająca dobrej organizacji, przygotowania psychicznego, fizycznego i współpracy w zespole. Wiedza i umiejętności z zakresu turystyki wysokogórskiej są niezbędne, bo Alpy to góry niebezpieczne, lodowcowe, miejscami dzikie, wolne od ludzi i infrastruktury. Oczywiście są rejony przesadnie zagospodarowane, oszpecone, odwiedzane przez masę turystów wszelkich narodowości, ale nie ulega wątpliwości, że granica wyznaczona przez lodowiec jest magiczną. Przekraczają ją tylko przygotowani alpiniści, wyposażeni w sprzęt wspinaczkowy oraz niezbędną wiedzę o poruszaniu się po lodowcu i w terenie wysokogórskim. To ludzie wszelkich narodowości, przyjaźni, tworzący specyficzną grupę alpinistów „żądnych” czterotysięczników. System schronisk i schronów alpejskich jest do pozazdroszczenia. Pod każdym chyba skupiskiem czterotysięczników istnieje schronisko zwykle czynne w sezonie letnim, które jest bazą wypadową na wierzchołek. Jeżeli kogoś nie interesuje ponadludzki wysiłek wyścigu z czasem podczas kilkunastogodzinnych wyryp na wierzchołek i z powrotem może spokojnie wędrować pomiędzy schroniskami lodowymi dolinami, przełęczami, lodowcami, via ferratami w prawdziwie wysokogórskim krajobrazie. Można tak zaplanować trasę, że nocując codziennie w innym schronisku wędruje się przez tydzień przemierzając alpejskie łańcuchy górskie. Polecam. Jeszcze większym wyzwaniem jest nocleg w namiocie. To rozwiązanie daje największą wolność w górach, która niestety znacznie obciąża plecaki… Jednak dla tylu gwiazd w nocy na alpejskim niebie i niezapomnianych poranków warto… Choć zimno…
Alpy bliskie
W zależności od rejonu alpejskiego podróż samochodem zajmuje najwyżej kilkanaście godzin. Dwukrotnie odwiedziliśmy Alpy w Szwajcarii – Alpy Berneńskie i Walijskie, choć każdy z nas kiedys poznał inne rejony. Wybieraliśmy trasę najmniej skomplikowaną, choć nie najkrótszą. Autostradą A4 z Katowic do Zgorzelca a następnie przez Drezno, Norymbergę, Karlsruhe, wzdłuż granicy francuskiej do Bazylei i już! Znakomite autostrady niemieckie, potem szwajcarskie, no a na początek ta polska, teraz już do samej granicy. Wtedy jedynym odcinkiem „ nie autostradą” był już obecnie zbudowany odcinek przed Zgorzelcem. Około 1200 – 1300 km pokonuje się w 12 – 14 godzin! Zmienialiśmy się za kierownicą co 2 godziny, co pozwalało na sprawną jazdę. Wyjeżdżając wieczorem lub w nocy byliśmy na miejscu o przyzwoitym czasie i tego samego dnia wyruszyliśmy w góry. Tak niewiele, by przenieść się w zupełnie obce, ale fascynujące, bajkowe krajobrazy Szwajcarii, gdzie zielona, idealnie wystrzyżona trawa pokrywa całe doliny, w których nie narzucając się biegną serpentyny dróg przechodzące w wielokilometrowe tunele i mosty. Podróż tymi drogami jest sama w sobie atrakcyjną. Polecam.
Finsteraarhorn na początek, Aletschhorn na przyszłość
W lecie 2008 roku wybraliśmy się z Przemkiem na najwyższe szczyty Alp Berneńskich Finsteraarhorn ( 4273 m.n.p.m) i Aletschhorn ( 4195 m.n.p.m). Pewnie, dlatego, że są tam najwyższe, ale jak zobaczyliśmy ich zdjęcia, urok gór potwierdził wybór. Imponujący jest zwłaszcza „trójkąt” Finsteraarhorna z wybitnym wierzchołkiem. Dodatkowo zachęciła nas dzikość tego regionu, trudna dostępność i dwa największe alpejskie lodowce Aletsglatcher i Fischeglatcher. Lodowiec Aletsch pomimo tego, że znacznie skurczył się w ostatnim stuleciu obecnie w najgrubszym miejscu ma ok. 900 m, a jego długość to ok.13 kilometrów! Pierwsze, co nas utwierdziło w przypuszczeniach to wysoka przełęcz Grimselpass ( 1980 m.n.p.m), na którą wjechaliśmy samochodem. To ostatnie miejsce, w którym telefon miał zasięg sieci. Przez następne 8 dni był wyłączony. Dwa dni zajęła nam przeprawa pod pierwszy cel. Wędrówka do schroniska pod „Finem” z ciężkimi plecakami ( z których i tak połowa planowanej zawartości pozostała w bagażniku samochodu) przez dwie wysokie przełęcze, z których druga zaskoczyła nas trudnościami technicznymi, zakończyła się późnym wieczorem noclegiem na lodowcu Fisherglatcher. W ciemnościach nie mogliśmy odszukać dojścia do schroniska, którego światła widzieliśmy wysoko na skale ponad nami. Było zimno, ale niebo nad nami świeciło milionami gwiazd, a gorąca herbata była boska. Rano przekonaliśmy się, że schronisko jest na wyciągnięcie ręki i to była dla nas lekcja pokory. Piękny dzień spędziliśmy na odpoczynku przy zasłużonym piwie w drewnianym pudełku przybitym do skały, które nazywają schroniskiem Finsteraarhorn. Postanowiliśmy uderzać na szczyt nocą i wykupiliśmy nocleg w schronisku. Każdy szczyt w Alpach zdobywa się rozpoczynając atak późną nocą, by wierzchołek zdobyć wczesnym rankiem i bezpiecznie wrócić przed południowym upałem roztapiającym mostki śnieżne nad niebezpiecznymi szczelinami lodowcowymi. Do walki z czasem i ogromną różnicą poziomów musisz liczyć na siebie i przyjaciela przypiętego liną. Zregenerowani i z bojowymi nastrojami wstajemy o 3 w nocy, gotujemy herbatkę do termosu, ubieramy szpej i napieramy w górę najpierw stromą ścieżka, a następnie za śladami poprzedników na stromym lodowcu. Za i przed nami widać światła latarek innych zespołów. Z godziny na godzinę jesteśmy coraz wyżej, bardziej zmęczeni, czujemy już wysokość. Gdzieś daleko za horyzontem rozjaśnia się różowe światło wschodzącego słońca. Widać przełęcz, z której jeszcze czeka nas najtrudniejsza część drogi prowadząca eksponowaną granią na wierzchołek. Robi się coraz zimniej i wieje, ale niebo jest prawie bezchmurne. Mijają nas zespoły schodzące już w dół! Dajemy z siebie wszystko i w końcu stajemy na wierzchołku. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, widok piękny, parę fotek i schodzimy w dół, co okazuje się trudniejsze niż wchodzenie. Docieramy do schroniska zmęczeni po 12 godzinach. Następny dzień odpoczywamy i już wiemy, że nie starczy nam czasu na zdobycie odległego, jak się okazało Aletshornu. Pomimo tego organizujemy sobie piękną wycieczkę po lodowcu Aletsglatcher i biwak na pachnacej, alpejskiej łące. Cały dzień następny schodzimy do kurortu Bettmeralp. Tam kupujemy bilet na pociąg a następnie autobus, który dowozi nas zapierającymi dech serpentynami na przełęcz Grimselpass. Zaczyna padać deszcz, robi się zimno, napływają mgły. Wsiadamy do czekającego na parkingu auta, włączamy ogrzewanie i przygotowujemy się do długiej drogi powrotnej…
Dufourspitze następny, Nordend przy okazji
Tego lata padło na Dufourspitze ( 4634 m.n.p.m) i Nordend ( 4609 m.n.p.m). Najwyższe szczyty Szwajcarii, drugi i trzeci szczyt Alp. Ogromny masyw Monte Rosa leży w Alpach Walijskich nad doliną Matter, znaną z kurortu Zermatt. Kilkanaście wybitnych i pięknych czterotysięczników otacza tą dolinę, czyniąc z niej chyba najpopularniejszy obok masywu Mont Blanc rejon Alp. Tym razem pojechaliśmy w trojkę. Dołączył do nas Wojtek.Tą samą trasą dotarliśmy do Szwajcarii. By ominąć przejazd przez znaną nam juz przełęcz Grimselpass skorzystaliśmy ze specjalnego pociągu przejeżdżającego przez długi tunel przekopany pod górą. Samochody są przewożone na specjalnej platformie. Szybko dotarliśmy do Zermatt, gdzie nie wolno wjeżdżać samochodem i trzeba go zostawić na parkingu ok.10 km wcześniej. Trochę dziwacznie wygląda samo Zermatt, gdzie jeżdżą tylko… melexy na prąd, a nowoczesne budynki stoją obok starych, zabytkowych. Miasteczko słynie głównie z widoku na wybitny Matterhorn, obecny chyba na każdej widokówce ze Szwajcarii. My jednak udaliśmy się na drugą stronę doliny, w stronę masywu Monte Rosa. Pogoda z początku nam nie sprzyjała, rozbiliśmy namiot w deszczu nad lodowcem Gorner z widokiem na nasz cel i ogromny Matterhorn po drugiej stronie. W deszczu, a następnie śniegu (!) dotarliśmy następnego dnia do schroniska Monte Rosa Hutte, ale później było już coraz lepiej. Poprawa pogody pozwoliła nam na rozłożenie namiotu na wysokości ok. 3100m, tuż pod lodowcem Monte Rosa spływającego spod samego szczytu. Po dniu odpoczynku, oczekiwania na stabilizację pogody, przetarcie ścieżki na szczyt przez inne zespoły (świeży śnieg!) wyruszyliśmy. Ciężka, wymagająca droga doprowadziła nas najpierw na przełęcz a następnie na eksponowana, wąską, długą skalno – lodową grań. Różnica wzniesień około 1500 metrów! Około 9 rano dotarliśmy na wierzchołek. Zejście okazało się trudniejsze i czasochłonne z powodu… problemów z mijaniem się na grani z alpinistami wszystkich chyba narodowości świata, którzy podchodzili! Do namiotu dotarliśmy około południa pokonując szybko już rozmiękający śnieg i lód. Odpoczywaliśmy zasłużenie wygrzewając się w słońcu i napawając się niesamowitą scenerią do następnej nocy, której mieliśmy wyruszyć na szczyt Nordend. Zepsuła się jednak pogoda, a prognoza była jednak niepewna. Następnego dnia postanowiliśmy nie ryzykować i zeszliśmy powoli do Zermatt, co zajęło nam cały dzień. Zniesmaczeni snobistyczną atmosferą Zermatt, marząc o frytkach i coli, z odgniecionymi stopami, obolałymi plecami, ale szczęśliwi dotarliśmy do parkingu. Zachmurzyło się, zaczęło kropić z nieba. Po 13 godzinach byliśmy w Polsce, zatrzymując się jedynie na frytki i cole… W ten rejon wrócimy na pewno: Nordend, Matterhorn, Tashhorn, DentBlanche i inne olbrzymy czekają. Tam jest naprawdę wyjątkowo i blisko…
{yoogallery src=[/images/stories/arts/2009-alpy-szypula/slajdy] thumb=[rounded]}
Zapraszamy do fotorelacji z wypraw:
Finsteraarhorn
Dufourspitze
P.S Moje podróże odbywaja się jako kontynuacja działalności koła PTTK ‘Górale” w Cięcinie, którego jestem członkiem od 1993 roku. Zachęcam wszystkich zainteresowanych do kontaktu z naszym towarzystwem, które jest jednym z najstarszych na żywiecczyźnie, a przetrwało dzięki wytrwałości kilku osób skupionych wokół „Budy” na Ficońce. Kontakt pod adresem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..
Autorami zdjęć są Marcin Szypuła i Przemysław Szczepanek.
Pozdrawiam.














Komentarze
Nic ino pozazdrościc takiego hobby,,,
Pozdrawiam xD)),,,
Podziwiam i pozdrawiam.
mertak
Też marzy mi się wyjazd w Alpy. Wędrowałbym jednak - tak jak sugerowaliście - dolinami. Ostrożny wariant.
Pozdrowienia!
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.