- Szczegóły
- Opublikowano: 06 czerwiec 2010
Świadectwo siostry Bernardy z domu Kociołek.Gdy moja mamusia była w stanie błogosławionym ze mną, ciężko chorowała. Lekarz stwierdził, trzeba wybierać albo dziecko, albo matka będzie żyć. To dziecko trzeba „usunąć”, pani musi żyć, te dwoje dzieci małych muszą mieć matkę. Rodzice postąpili jak tego wymagało prawo Boże. Kochali nas, już pod sercem mamy byłam objęta miłością do heroizmu. Rodzice bezgranicznie zaufali Bogu i ofiarowali jedno dziecko Bogu, które zechce wybrać.
Przyszłam na świat szczęśliwie, bez komplikacji porodu w roku 1930. Wzrastałam w klimacie wiary i pełnego zawierzenia Bogu i Matce Najświętszej Rychwałdzkiej, która uratowała mi życie. Do jej tronu przez jej dłonie szły modlitwy rodziców. Chrzest święty otrzymałam z rąk Ks. Proboszcza Makowskiego, on także przygotował mnie z grupą klasy do pierwszej Komunii Świętej, Był już staruszek. Dalszej katechezy uczył mnie Ks. Proboszcz Jan Bryndza, także przygotował mnie do Bierzmowania. Był lubiany przez dzieci, był gorliwym kapłanem. Sakrament Bierzmowania z rąk Księdza Arcybiskupa Sapiechy. Umocniona łaską Ducha Świętego, otoczona troską rodziców, głęboko wierzących – praktykujących, łaska Boża działała w mej duszy. W rodzinie nie słyszałam idźcie dzieci do kościoła. W niedzielę rodzice szli do kościoła. Odświętne ubrania, wiedziały dzieci, że to obowiązek oddania czci Bogu, odmówienie wspólnego różańca- lepszy obiad, szanowanie niedzieli. Szacunek i miłość wzajemna. Mieli autorytet wychowawczy, gdyż był to uniwersytet Maryjny z którego czerpali moc – energię i miłość. „To jest święty różaniec” z wiarą i miłością odmawiany zaczęło się rozwijać powoli powołanie zakonne. Pan Jezus coraz więcej upominał się o mnie. Był rok 1949, piękny maj i kwitnące jabłonie. Miałam 18 lat, a nie znałam sióstr zakonnych, nie miałam żadnych kontaktów z zakonami. Ponieważ po wojnie, która zakończyła się w 1945r. Młodzież nigdzie nie wyjeżdżała, jak obecnie ma duże kontakty. Na przykład chciano mnie wziąć do roboty do Niemiec, z trudem mnie mama obroniła, mogli mnie zniszczyć jak innych. Nie było autobusów, samochodów, może wojskowe lub urzędowe czasem. Otrzymałam adres – załatwiłam zgromadzenie sióstr Serafitek w Oświęcimiu.
Za dwa tygodnie miałam być na stałe w klasztorze. Mamusia się cieszyła, że obrałam drogę życia zakonnego. Tato udzieliwszy mi błogosławieństwa na nową drogę życia, nie bronił, ale żegnając się ze mną rzewnie zapłakał. Trudno było przekroczyć próg rodziny, iść w nieznane. Jezus trzymał mą dłoń. Niestety było to ostatnie pożegnanie mojego Tatusia. Pół roku po moim odejściu zmarł. Tato był dobry jak chleb. Pracowałam w Domu Dziecka w Oświęcimiu. Wśród sierot, dzieci zaniedbanych, po wojnie było ich dużo, a brakowało chleba. Następna placówka w szpitalu w Łańcucie, w Domu Dziecka w Żywcu, mieliśmy również przedszkole w Żywcu. Pracy było bardzo dużo, a sióstr mało do tej pracy. Były to powojenne trudne warunki z utrzymaniem. Nie było dotacji, sierot 30. Siostry zarabiały haftem, szyciem, różnego rodzaju występami. Dzieliły się chlebem, czym mogły, by sieroty utrzymać przy życiu, było ich dużo po wojnie, także kwestą, to kosztuje dużo. Ludzie byli biedni, po wojnie, dużo serc życzliwych, kochających Boga i ludzi. Gdy państwo w późniejszym okresie wspomagało instytucje, były lepsze warunki to komuniści zlikwidowali Dom Dziecka, także przedszkole. Poprzedzały ciągłe wizytacje, nic nam nie zarzucano, było wszystko dobrze, tylko jedno, wychowanie religijne. Dzieci u naszych sióstr były otoczone troską i miłością. Przedszkole nam odebrano z tym cały parter domu, krzyże im przeszkadzały, zostały usunięte ze ścian. Przeszłam do pracy parafialnej w Żywcu. Następnie w Krakowie, Sosnowcu i znowu w Krakowie, najdłużej około 30 lat. Na początku pracowałam w szpitalu w Łańcucie wśród chorych. Pracując starałam się włożyć dużo wysiłku w rzetelną pracę, by służyć Bogu i ludziom. Czasu brakowało, starałam się o biednych, także w charytatywnym zespole pomagałam. Odwiedzałam chorych, by ich umocnić duchowo, także pamięcią, modlitwą, jakąś pomocą. A obowiązek stałej pracy wymagał wiele godzin, czasem po kilkanaście godzin. Moja powołanie uważam za wielką łaskę. Powołanie jest jak dzwon który woła do oddawania szczególnej czci Bogu, do życia w świętości. Każde powołanie ma swoje źródło w charyzmacie miłości. Pan Jezus wlewając w serca osób powołanych do swojej służby miłość. Przebywamy niejako na dworze Królewskim, na którym sam Chrystus uzupełnia nasze słabości i opromienia swoim blaskiem. Życie zakonne winno być przepełnione świętością Boga i radością Kościoła. Ona maja moc Chrystusową.
Wspierajmy zgromadzenia zakonne swoją modlitwą. Mówmy o powołaniach zakonnych z szacunkiem. Osoby zakonne modlą się dużo za współczesny świat, szczególnie wypraszają łaski dla ojczyzny i danej parafii dla której pracują, pochodzą, za kapłanów łączą się ze swoimi rodzinami w modlitwie i pamięci.
Także ofiarną pracą przyczyniają się do zbawiania ludzi. Nasze zgromadzenie jest kontemplacyjnie czynne. Piękna jest droga życia zakonnego. Żąda ofiary, wyrzeczeń. Jest droga pewna, by cieszyć się kiedyś w wieczności Bożej. Pielęgnujmy powołania zakonne, kapłańskie w rodzinach, aby mogły iść za głosem Boga.
Przecież wiemy, że każdego z nas czego największy egzamin z życia. Czy ktoś chce, czy nie – musi go zdać. Życie to największy uniwersytet świata: umiejętność życia, świętość każdego z nas. Życie ludzkie jeśli nie jest wypełnione Bogiem, przykazaniami bożymi, jest pustką. Nie ma w sobie prawdziwej radości, nie widzi obok siebie drugiego człowieka, Bogu dziękuję za dar powołania i Matce Najświętszej w uwielbianiu.
Magnifikat za 60 lat powołania zakonnego.














Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.