- Szczegóły
- Opublikowano: 31 październik 2010
Z nadzieją śmierci w oczy patrzeć.
Uroczystość Wszystkich Świętych jest wielkim dziękczynieniem Bogu za dar życia. Księga mądrości nazywa Boga ‘miłośnikiem życia’ (Mdr 11, 26). Wspominamy tych, którzy już w tym Bożym życiu w pełni uczestniczą, tych, którzy blaskiem swojego ziemskiego, dokonanego już życia, oświetlają drogę innym, wskazują kierunek, którym warto kroczyć. Święci, bo o nich mowa, i to zarówno ci oficjalnie ogłoszeni przez Kościół, jak i ci nikomu, prócz Boga, nieznani, przypominają nam dziś dokąd zmierzamy. W ten dzień także tradycyjnie pielgrzymujemy na cmentarze, by tam wspominać naszych bliskich, modlić się za nich, być może spełniać tym samym jakiś dług wdzięczności wobec nich. I wraz z odwiedzaniem cmentarzy staje nam nieuchronnie przed oczyma temat śmierci, temat niełatwy. Jesteśmy dziś częścią kultury, która boi się śmierci i unika jej, podobnie jak innych wielkich tematów, które
z nią się wiążą: pytania o duszę, życie wieczne, o wartość i sens życia, pytań dotyczących Boga. Paradoksalnie śmierć w naszej kulturze jest dość silnie obecna: wystarczy włączyć wieczorem telewizję, czy choćby obejrzeć wiadomości i przy odrobinie ’szczęścia’ zobaczyć dziesiątki rozmaitych sposobów umierania. Być może w ten sposób ludzkość próbuje sobie ten temat oswoić, żeby tak bardzo nie przerażał. Śmierć jednak, nie ta odległa z ekranu telewizora, ale bardzo konkretna, jest nieusuwalnie obecna w naszym osobistym doświadczeniu życiowym.
W jaki sposób? Przede wszystkim przez śmierć innych, zwłaszcza tych, którzy są nam bliscy. Wie o tym każdy, kto musiał się zmierzyć z przeżyciem utraty bliskiej osoby. I wobec tej niezwykłej tajemnicy dziś szczególnie stajemy. Dla człowieka deklarującego się jako ‘wierzący’, nie zadanie sobie pytania w tych dniach o śmierć, o to, co wiara, którą wyznajemy wnosi do naszego myślenia o śmierci, byłoby wyrazem pustych deklaracji.
Każdy z nas ma swój dzień śmierci, znany tylko samemu Bogu. Nie sposób wróżyć kiedy ma to nastąpić. Dopóki możemy od śmierci powinniśmy uciekać, bronić się przed nią. Przychodzi jednak czas, kiedy trzeba spojrzeć jej w oczy. W ludzkich ocenach jest to nieraz przedwcześnie (tyle dobrego mógł jeszcze zrobić!), nieraz zbyt późno (niepotrzebnie tak długo się męczył!). Te nasze kalkulacje, co do długości życia zazwyczaj nie mają wiele wspólnego
z Bożą logiką. Także w życiu świętych śmierć przychodziła czasami, po naszemu, ‘przedwcześnie’. Miało to miejsce w życiu człowieka, na wierze którego Kościół stoi, w życiu samego św. Piotra. Tradycja głosi, że gdy za czasów cesarza Nerona doszło do bardzo krwawych prześladowań chrześcijan, tamtejsza wspólnota kościelna zaproponowała Piotrowi ucieczkę z Rzymu. Współbracia mieli przekonywać Piotra: jesteś zbyt ważny dla Kościoła, uciekaj, ratuj swoje życie! Piotr przystał na ich propozycję. Był już na drodze wylotowej z Rzymu, gdy spotkał Chrystusa, kroczącego w przeciwnym kierunku. Piotr miał Mu wówczas zadać to słynne pytanie: Quo vadis Domine? Dokąd zmierzasz Panie? Na co Chrystus odpowiedział: Idę do Rzymu, aby tam ponownie zostać ukrzyżowany. Piotr zawrócił. Poniósł śmierć męczeńską. Jego śmierć owocuje w kościele już setki lat.
Podejść do, napawającego lękiem, doświadczenia śmierci w ten sposób jak Piotr może tylko człowiek, dla którego wiara w życie wieczne, w Bożą nagrodę za dobrze przeżyte życie, nie jest bajką, czy dobrze wyuczoną formułką, ale czymś bardzo konkretnym w codziennym życiowym doświadczeniu. Nie jest z pewnością tak, że chrześcijanie śmierci się nie boją. Jest ona przecież doświadczeniem granicznym, była takim dla samego Chrystusa, dla Piotra. Chrześcijanie jednak mają wynikającą z wiary pewność, że dzięki Chrystusowi śmierć nie jest absolutnym końcem, a ziemskie życie, często usłane cierpieniem i rozmaitymi niepowodzeniami, nie jest najwyższą wartością. Chrześcijanie ufają, że pomimo całej grozy, brutalności i niesprawiedliwości śmierci, jest ona tylko przejściem do domu kochającego Ojca.
Stojąc nad grobami naszych bliskich pomyślmy poważnie o naszej śmierci, o tym, że przyjdzie nam kiedyś, w czasie znanym tylko Bogu, stanąć przed Panem Nieba i ziemi. Prośmy, byśmy zbytnio wpatrzeni w doczesność, na drogach naszego ziemskiego życia nie rozminęli się z Chrystusem. Prośmy, żebyśmy nieustannie z błędnych dróg potrafili zawracać, czasami może nawet wbrew ludzkiej logice, kierując się tylko światłem wiary. Od momentu chrztu imię każdego z nas jest zapisane w Niebie. W tym dniu także wieczność wkroczyła w nasze życie. Takie jest właśnie znaczenie chrztu: w tym sakramencie umieramy razem z Chrystusem i otrzymujemy nowe życie, z Ducha Świętego, który upodabnia nas do Chrystusa, a przez to czyni dziećmi Bożymi. Od dnia chrztu, każdy nasz czyn jest czynem ‘na wieczność’, każde dobro, miłość wobec bliźniego, pójdzie przed nami na spotkanie z Bogiem. Tą miłość możemy świadczyć także wobec umarłych braci i sióstr. Naprawdę bardzo wiele możemy zrobić dla naszych najbliższych, którzy oczekują jeszcze na pełnię radości spotkania z Bogiem w czyśćcu. Nasza modlitwa przyczynia się do ich oczyszczenia, jest wyrazem naszej pamięci i miłości. Właśnie tej modlitwy oczekuje od nas Bóg Ojciec.
z nią się wiążą: pytania o duszę, życie wieczne, o wartość i sens życia, pytań dotyczących Boga. Paradoksalnie śmierć w naszej kulturze jest dość silnie obecna: wystarczy włączyć wieczorem telewizję, czy choćby obejrzeć wiadomości i przy odrobinie ’szczęścia’ zobaczyć dziesiątki rozmaitych sposobów umierania. Być może w ten sposób ludzkość próbuje sobie ten temat oswoić, żeby tak bardzo nie przerażał. Śmierć jednak, nie ta odległa z ekranu telewizora, ale bardzo konkretna, jest nieusuwalnie obecna w naszym osobistym doświadczeniu życiowym.
W jaki sposób? Przede wszystkim przez śmierć innych, zwłaszcza tych, którzy są nam bliscy. Wie o tym każdy, kto musiał się zmierzyć z przeżyciem utraty bliskiej osoby. I wobec tej niezwykłej tajemnicy dziś szczególnie stajemy. Dla człowieka deklarującego się jako ‘wierzący’, nie zadanie sobie pytania w tych dniach o śmierć, o to, co wiara, którą wyznajemy wnosi do naszego myślenia o śmierci, byłoby wyrazem pustych deklaracji.
Każdy z nas ma swój dzień śmierci, znany tylko samemu Bogu. Nie sposób wróżyć kiedy ma to nastąpić. Dopóki możemy od śmierci powinniśmy uciekać, bronić się przed nią. Przychodzi jednak czas, kiedy trzeba spojrzeć jej w oczy. W ludzkich ocenach jest to nieraz przedwcześnie (tyle dobrego mógł jeszcze zrobić!), nieraz zbyt późno (niepotrzebnie tak długo się męczył!). Te nasze kalkulacje, co do długości życia zazwyczaj nie mają wiele wspólnego
z Bożą logiką. Także w życiu świętych śmierć przychodziła czasami, po naszemu, ‘przedwcześnie’. Miało to miejsce w życiu człowieka, na wierze którego Kościół stoi, w życiu samego św. Piotra. Tradycja głosi, że gdy za czasów cesarza Nerona doszło do bardzo krwawych prześladowań chrześcijan, tamtejsza wspólnota kościelna zaproponowała Piotrowi ucieczkę z Rzymu. Współbracia mieli przekonywać Piotra: jesteś zbyt ważny dla Kościoła, uciekaj, ratuj swoje życie! Piotr przystał na ich propozycję. Był już na drodze wylotowej z Rzymu, gdy spotkał Chrystusa, kroczącego w przeciwnym kierunku. Piotr miał Mu wówczas zadać to słynne pytanie: Quo vadis Domine? Dokąd zmierzasz Panie? Na co Chrystus odpowiedział: Idę do Rzymu, aby tam ponownie zostać ukrzyżowany. Piotr zawrócił. Poniósł śmierć męczeńską. Jego śmierć owocuje w kościele już setki lat.
Podejść do, napawającego lękiem, doświadczenia śmierci w ten sposób jak Piotr może tylko człowiek, dla którego wiara w życie wieczne, w Bożą nagrodę za dobrze przeżyte życie, nie jest bajką, czy dobrze wyuczoną formułką, ale czymś bardzo konkretnym w codziennym życiowym doświadczeniu. Nie jest z pewnością tak, że chrześcijanie śmierci się nie boją. Jest ona przecież doświadczeniem granicznym, była takim dla samego Chrystusa, dla Piotra. Chrześcijanie jednak mają wynikającą z wiary pewność, że dzięki Chrystusowi śmierć nie jest absolutnym końcem, a ziemskie życie, często usłane cierpieniem i rozmaitymi niepowodzeniami, nie jest najwyższą wartością. Chrześcijanie ufają, że pomimo całej grozy, brutalności i niesprawiedliwości śmierci, jest ona tylko przejściem do domu kochającego Ojca.
Stojąc nad grobami naszych bliskich pomyślmy poważnie o naszej śmierci, o tym, że przyjdzie nam kiedyś, w czasie znanym tylko Bogu, stanąć przed Panem Nieba i ziemi. Prośmy, byśmy zbytnio wpatrzeni w doczesność, na drogach naszego ziemskiego życia nie rozminęli się z Chrystusem. Prośmy, żebyśmy nieustannie z błędnych dróg potrafili zawracać, czasami może nawet wbrew ludzkiej logice, kierując się tylko światłem wiary. Od momentu chrztu imię każdego z nas jest zapisane w Niebie. W tym dniu także wieczność wkroczyła w nasze życie. Takie jest właśnie znaczenie chrztu: w tym sakramencie umieramy razem z Chrystusem i otrzymujemy nowe życie, z Ducha Świętego, który upodabnia nas do Chrystusa, a przez to czyni dziećmi Bożymi. Od dnia chrztu, każdy nasz czyn jest czynem ‘na wieczność’, każde dobro, miłość wobec bliźniego, pójdzie przed nami na spotkanie z Bogiem. Tą miłość możemy świadczyć także wobec umarłych braci i sióstr. Naprawdę bardzo wiele możemy zrobić dla naszych najbliższych, którzy oczekują jeszcze na pełnię radości spotkania z Bogiem w czyśćcu. Nasza modlitwa przyczynia się do ich oczyszczenia, jest wyrazem naszej pamięci i miłości. Właśnie tej modlitwy oczekuje od nas Bóg Ojciec.
dk. Bartłomiej Dziedzic














Czytaj więcej...